http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Lublin >  Turystyka

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Lublin - Gazeta.pl

Kiedy po Bystrzycy śmigały kajaki

Stefan Przesmycki
2007-07-20, ostatnia aktualizacja 2007-07-20 19:49

Prowadzona przez "Gazetę" uporczywa publicystyczna akcja przywrócenia do życia naszej niegdyś pięknej rzeki Bystrzycy zainspirowała mnie do napisania moich wspomnień związanych z tą rzeką.


Fot. archiwum / AGENCJA GAZETA
W okresie międzywojennym Bystrzyca była przez lublinian wykorzystywana chyba bardziej intensywnie niż obecnie Zalew Zemborzycki. W pogodne i wolne od pracy dni tłumy mieszkańców Lublina wypoczywały nad brzegami rzeki, aż do młyna na Czubach. Bardzo atrakcyjne kąpieliska były przy zastawach młyńskich na Czubach, we Wrotkowie i przy młynie należącym do majątku w Zemborzycach. Tam docierali ci, którzy posiedli umiejętność pływania w nieco wyższym stopniu. W zamian za trud odległej pieszej wędrówki mieli możliwość pławienia się w wirach i burzliwych falach wody spadającej w kaskadach ze śluzy. Przyjemność ta nie zawsze była bezpieczna. Szczególnie złą sławę miało rozlewisko przy młynie. Nie było prawie niedzieli bez wypadku utonięcia w tym miejscu. Przyczyną tych wypadków była brawura, chęć popisania się odwagą i alkohol. Na Czubach panowała moda na skakanie na głowę z poręczy mostu w odmęty spienionej wody. Pod wodą tkwiły niewidoczne, wbite w dno liczne pale po starych urządzeniach młyńskich. To właśnie duża ilość tych pali powodowała, że trudno było znaleźć bezpieczne miejsce do skoku.

Oprócz kąpieli rzeka dostarczała niezawodnych wrażeń licznym wędkarzom. Na całej jej długości łatwym łupem były liczne kiełbie i płocie, a w niektórych miejscach rasowi wędkarze zasadzali się na parokilowe karpie. Znany mechanik silnikowy oraz znakomity wędkarz i myśliwy Piotr Sarnecki (brat Antoniny Grygowej) opowiadał mi, że duże karpie łowił w rejonie mostu na ul. Zamojskiej.

Najwięcej rzeka zawdzięczała kajakarzom. Kajaki były widoczne w nurcie rzeki od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Przed wojną były niezwykle popularne. Nad Bystrzycą były dwie przystanie kajakowe. Pierwsza została wybudowana w pobliżu zakładu wodociągów, druga - wojskowa - powstała paręset metrów niżej. Oprócz przystani było kilka prywatnych ,,stoczni", w których budowano kajaki na zamówienie bądź dla własnych potrzeb. Mieliśmy przed wojną znakomitych projektantów kajaków i łodzi żaglowych. Pośród nich najbardziej znany był Mieczysław Pluciński. Opracował kilkadziesiąt perfekcyjnych projektów kajaków, łodzi żaglowych i motorowych. Niektóre jego projekty wydawane były w formie książkowej przez zasłużoną Główną Księgarnię Wojskową.

Lubelscy kajakarze wykonywali krótkie, trwające parę godzin rejsy spacerowe. Były też spływy, w których pokonywano dłuższe trasy, np. do Dęblina. Dla wytrawnych turystów-kajakarzy dostępne były niezwykle atrakcyjne rzeki Polesia i inne w południowo-wschodniej Polsce. O kajakowych szlakach informowały liczne specjalistyczne przewodniki, a wśród nich szczególnie cenny ,,Szlaki wodne Polski" Antoniego Heinrycha, wydane w 1935 r. przez GKW. O swoich kajakowych eskapadach pisali Melchior Wańkowicz i Igor Newerly. Odrębną grupę wśród kajakarzy stanowili zawodnicy biorący udział w wyścigach w różnych kategoriach. Ze względu na liczną widownię główne wyścigi odbywały się w dniu święta morza. Do najlepszych zawodników należał Bolesław Kulczycki. Na wykonanej własnoręcznie ,,jedynce" odnosił najwięcej zwycięstw. Pan Bolesław, zawodowy kierowca autobusów komunikacji miejskiej, oprócz sportu wioślarskiego, na swoim ,,Sokole" brał udział w rajdach motocyklowych. Mówiło się o nim, że jest podobny do listonosza, który po powrocie z pracy idzie jeszcze na spacer.

Największą i najbardziej atrakcyjną imprezą, urządzaną corocznie na przystani kajakowej, były obchody święta morza. Urządzano je pod koniec czerwca pod egidą Ligi Morskiej. Ciekawi wrażeń lublinianie od samego rana ściągali całymi rodzinami nad rzekę. Bardzo różnorodny program wypełniał czas od rana do późnego wieczora. Jednym z ważniejszych punktów programu było puszczanie wianków. Pokazywano również kajaki ucharakteryzowane na chińskie dżonki, oświetlone wieczorem pięknymi lampionami. Można było zobaczyć kajaki napędzane śrubą, której obroty uzyskiwano poprzez kręcenie nogami (lub w innych przypadkach - ręcznie) rowerowych pedałów zamocowanych w kokpicie. Gwoździem programu były wyścigi kajakowe. Rozgrywano je na różnych dystansach w kategoriach ,,jedynek" i ,,dwójek". Popularni wioślarze mieli liczne grupy swoich kibiców, którzy wzdłuż całej trasy wyścigu hałaśliwie ich dopingowali.

O zmierzchu odbywały się wspaniałe pokazy ogni sztucznych. Szczególne zaciekawienie wywoływały wielokolorowe ognie o kształcie łopat wiatraka, obracające się wokół własnej osi i śmigające szybko po drucie poziomo rozpiętym między brzegami rzeki.

Ostatnim punktem programu była zabawa taneczna, odbywająca się na specjalnej podłodze z desek. Początek zabawy był dla mnie sygnałem do powrotu do domu. W wieku 10 lat przyzwolenie długiego przebywania poza domem miałem tylko na tę świętomorską imprezę. Wracając przez ul.

1 Maja uległem dobiegającym z bram domów melodyjnym nawoływaniom Żydówek, siedzących obok koszy wypełnionych świeżo wypieczonymi specjałami. Zewsząd słychać było: "Bajgle, bajgle dwa za piątkę, cztery za dziesiątkę, bajgle, bajgle". Ostatnia wyjęta z kieszeni dwudziestogroszówka zamieniła się w osiem pachnących i chrupiących bajgli. Skromny posiłek umożliwił mi pokonanie ostatnich dwóch kilometrów do domu przy ul. Kraszewskiego.

W 1948 r. przywiozłem do Lublina wyszabrowany na Mazurach składany kajak. Wraz z kolegami złożyliśmy go nad brzegiem Bystrzycy. Naszej operacji przyglądały się tłumy ciekawskich. Wyruszyliśmy w górę rzeki. W jej korycie nie było żadnych śmieci, jedyne przeszkody w spływie stanowiły młyńskie zastawy, przy których trzeba było przenosić kajak lądem. Późnym popołudniem, po minięciu ostatniego młyna na końcu Zemborzyc, wpłynęliśmy na najbardziej piękny odcinek rzeki. Liczne meandry i brzegi porośnięte starymi olchami stwarzały nastrój dzikości tego zakątka. Dalej, w kierunku Prawiednik, dolina rzeki rozszerzała się na boki do kilkuset metrów. Dolinę obramowywały piaszczyste wydmy, porośnięte sosnowym lasem. Uderzającą cechą tego obszaru była cisza i zupełny brak ludzi. Po nocnym biwaku nazajutrz musieliśmy wracać. Postanowiliśmy ukryć nasz kajak w przybrzeżnych gęstwinach. Przybywaliśmy tam w każdą sobotę przez całe wakacje. Kajak tkwił w kryjówce niewykryty. Przez cały ten czas przeuroczy zakątek należał wyłącznie do nas. Na Lubelszczyźnie nie było drugiego tak pięknego i odosobnionego miejsca.

Autor jest żeglarzem (w drugiej połowie lat 40. instruktor Centralnego Ośrodka Żeglarskiego Ligi Morskiej), pilotem po Szkole Orląt, autorem książki "Bombardowania polskich miast przez lotnictwo sowieckie".

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów