Przedwojenny policjant skuteczniejszy niż billboard?

Rozmawiała: Magda Opoka
03.02.2011 , aktualizacja: 03.02.2011 15:35
A A A Drukuj
Marcin Wroński (ur. 1972), autor m.in. kryminałów z cyklu o komisarzu Maciejewskim oraz Fot. Iwona Burdzanowska / AGENCJA GAZETA Marcin Wroński (ur. 1972), autor m.in. kryminałów z cyklu o komisarzu Maciejewskim oraz "Officium Secretum. Pies pański"
- To jest chore, że przyjeżdżają ludzie z zewnątrz i zachwycają się naszym miastem, a mieszkańcy zachwycić się nie potrafią - mówi Marcin Wroński, autor kryminałów z Lublinem w tle, których bohaterem jest komisarz Maciejewski.
Marcin Wroński (ur. 1972), autor m.in. książek
Fot. Iwona Burdzanowska / AGENCJA GAZETA
Marcin Wroński (ur. 1972), autor m.in. książek "Komisarz Maciejewski. Morderstwo pod cenzurą", "Komisarz Maciejewski. Kino 'Venus'" i "Officium Secretum. Pies pański"
Magda Opoka: Kiedy odkrył pan, że Lublin zachwyca?

Marcin Wroński: Dochodziłem do tego stopniowo. Na studiach miasta nie lubiłem, ale to były lata 90., kiedy Lublin był generalnie smutny i szary. Chciałem się przenieść do Krakowa. Na szczęście profesor Władysław Panas, z którym miałem zajęcia z teorii literatury, powiedział mi kiedyś: "Panie Marcinie, Kraków to ma być w panu". To był pierwszy moment, kiedy pomyślałem, że dam Lublinowi szansę.

Potem zacząłem interesować się jego historią i odkryłem, jak trzeba na Lublin patrzeć. Bo kiedy stoimy na placu Zamkowym, to przyjść do głowy może jedynie: co za idiota go tak wymyślił. Trzeba wyobraźni i trochę świadomości historycznej, by zobaczyć, że to miejsce wyglądało zupełnie inaczej. I że kiedyś żyło.

Ostatecznie do Lublina przekonali mnie znajomi. Przyjeżdżali z różnych miast, a ja pokazywałem im najciekawsze, moim zdaniem, miejsca. To znaczy chciałem im pokazać, bo oni zatrzymywali się przy czymś banalnym, np. zaułku z latarnią. Z zachwytem mówili, że u nich takich rzeczy nie ma. Dzięki nim zacząłem te miejsca dostrzegać. I kiedy dużo później recenzenci "Komisarza Maciejewskiego" pisali, że Lublin jest bardzo ciekawym miastem, to czułem się zadowolony i spełniony.

Dlaczego nikt oprócz pana współcześnie nie pokazuje tak Lublina w książkach?

- Lublin nie ma tradycji literackiej, zbyt wiele razy została ona przerwana. Nikt nie myśli o Lublinie w kontekście miasta-postaci. To taka Polska statystyczna, czyli nie wiadomo co. A kogo obchodzi Polska statystyczna? Mnie zaczęła obchodzić.

Podejrzewam jednak, że większość lublinian żyje w przekonaniu o prowincjonalności miasta. "W Lublinie nic ciekawego zdarzyć się nie może, Lublin jest paskudny" Być może to myślenie przerzuca się, jak narośle rakowe, na ludzi pióra. Bo to jest chore, że przyjeżdżają ludzie z zewnątrz i zachwycają się naszym miastem, a mieszkańcy zachwycić się nie potrafią.

Jakiś czas temu byłem w Siedlcach, mieście jeszcze bardziej statystycznym niż Lublin, na spotkaniu autorskim znajomej pisarki Marioli Zaczyńskiej. Przyszło na nie 200 osób, bo siedlczanie są dumni, że ktoś z ich miasta pisze książki. Być może autorce pomógł fakt, że jest znaną lokalną dziennikarką. Jednak w Lublinie też są znani dziennikarze, którym zdarzy się coś napisać czy zrobić wystawę fotografii. Zainteresowania dużego nie ma. Nie jesteśmy dumni z dokonań lublinian, wręcz przeciwnie. Wystarczy poczytać komentarze na lokalnych forach internetowych.

Ja też mam takich "fanów", którzy bardzo lubią pokazywać mi, gdzie jest moje miejsce, albo udowadniać, że skoro mam niezłą prasę, to bez wątpienia jestem Żydem. Proszę bardzo, mogę być Żydem (byle lubelskim!), bo tu wcale nie chodzi o moje dobre samopoczucie, ale o to, jak traktujemy swoje miasto i jego szanse rozwojowe. Jeśli lublinianie nie będą wierzyć, że mieszkamy w centrum świata, że to właśnie u nas mogą się dziać rzeczy ważne i wartościowe, a przede wszystkim nie odwykną od gaszenia tego, co już zaczęło się dziać, to nigdy z prowincji nie wyjdziemy.

Jest szansa, że Pan wychowa nowe pokolenie lublinian, którzy nie będą narzekać na swoje miasto.

- Podczas spotkań z czytelnikami przekonałem się na szczęście, że oprócz lubelskich malkontentów są w naszym mieście także lublinofile. I cieszę się bardzo, że dzięki moim retrokryminałom ich przybywa. Na przykład pewna studentka napisała, że przeczytała moją książkę i od tego momentu zaczęła zupełnie inaczej patrzeć na Lublin. Kiedyś miasto wydawało jej się nudne, tak samo jak i mnie dawniej. Teraz spacerując po mieście widzi, że komisarz Maciejewski tu pracował, a tu się coś zdarzyło.

Taka sytuacja była w Krakowie na przełomie wieków XIX i XX. To miasto było wtedy potwornie nudne, mieszczańskie, dulskie. Przeniesienie się do tamtego Krakowa, to byłoby dla mnie coś strasznego. A jednak teraz mamy zupełnie inny obraz tego miasta. Co drugi osobnik na Rynku to Przybyszewski. I to zrobiła literatura. Nie billboardy, nie spoty, ale literatura. Wizerunek okazał się trwały, ludzie w to uwierzyli. Mit o mieście zostanie zapamiętany na całe życie. W przeciwieństwie do billboardu, który szybko zostanie zastąpiony nową promocją.

Władze Lublina powinny zatem wykorzystać postać komisarza Maciejewskiego. Już teraz zrobił więcej dla promocji miasta niż urzędnicy.

- Wiele energii władz pochłania to, by za cztery lata znowu być władzą. Dlatego najłatwiej jest spełniać doraźne zapotrzebowania społeczne, czyli np. dbać, by chodnik był równy. Zgadzam się, dużo lepiej chodzi się po prostej drodze. Tylko Lublin zbyt wiele lat przypominał człowieka-warzywo, któremu wysiadły wyższe funkcje umysłowe, w gruncie rzeczy trupa. Takiemu osobnikowi zaspokaja się tylko podstawowe funkcje życiowe, czyli robi choćby ten równy chodnik. Nikt nie myśli o głowie, czyli o kulturze, a już na pewno nie długofalowo. Ona dopiero teraz pojawiła się z mocą przy okazji Europejskiej Stolicy Kultury.

Tylko z przerażeniem myślę, co będzie, gdy Lublin nie zostanie ESK. Wyobrażam sobie radnego, który wyciągnie karteczkę przygotowaną w Excelu i będzie wyliczał: wydaliśmy tyle a tyle. I co? Nic, więc robimy czystki, redukcję i w przyszłym roku nie dajemy na kulturę ani złotówki.

Na razie ESK owocuje pozytywną energią, ale jeśli ta para ucieknie, to może być gorzej niż było. Ludzie gotowi się na kulturę obrazić - nie wyszło, bo w Lublinie nic nie wychodzi. Obym był złym prorokiem.

Jednak komisja selekcyjna nie musi nam przyznawać tytułu tylko z litości.

- Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że Lublin ma wielki potencjał. Przede wszystkim ma trakt kulturalny. Można wyrysować linię od Chatki Żaka do Zamku. Wszystko, co w kulturze ważne, jest przy tym trakcie położone. Dzięki temu ludzie się spotykają, rozmawiają, powstają nowe projekty.

A może to efekt prowincjonalizmu, że wszystko mamy przy jednej ulicy?

- Z jednej strony tak, Lublin jest na tyle niedużym miastem, że można je przejść na piechotę. Z drugiej - Kraków i Wrocław też mają takie trakty kulturalne, w obu tę funkcję spełnia Rynek. Nie trzeba się umawiać, wystarczy się tam wybrać, a nietrudno będzie spotkać znajomych. Tak samo jest na naszym Krakowskim Przedmieściu. Kiedy spotkam tam redaktora, poetę czy osobę pracującą w domu kultury, to zawsze parę słów wymienimy. I kiedy skończą się już ważne tematy, np. dlaczego Tomek nie jest już z Gośką, to porozmawiamy też o książce czy koncercie. Z takich spotkań mogą narodzić się nowe pomysły.

Podziel się

  • 37 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Polub nas na Facebooku