Jak ormowiec chciał zabrać ks. Wierzbickiemu Miłosza
16.06.2011
, aktualizacja: 15.06.2011 21:54
Jak czechosłowaccy żołnierze skonfiskowali trzy tomy dzieł filozofa Edmunda Husserla i jak gorliwemu funkcjonariuszowi nie spodobało się podziemne wydanie dzieł Czesława Miłosza - opowiada ks. prof. Alfred Marek Wierzbicki.
ZOBACZ TAKŻE
- Czytamy w Polsce. Janusz Palikot: Czytanie jak terapia (13-06-11, 08:00)
Marcin Bielesz: Pierwsza lektura księdza to...
Ks. prof. Alfred M. Wierzbicki*: Elementarz. Później dorastając byłem pod ogromnym wpływem "Baśni" Hansa Christiana Andersena.
"Baśnie" Andersena, a nie braci Grimm?
- Braci Grimm przeczytałem później, ale łagodniejsze utwory Andersena bardziej odpowiadały mojej naturze. A może to lektura ukształtowała moją naturę? Tego nie wiemy. Baśnie braci Grimm przeczytałem jako dojrzały człowiek i stwierdziłem, że to nie jest mój świat. Są zbyt mroczne.
W szkole średniej, gdy człowiek dorasta, spada na niego obowiązek przebrnięcia przez stos obowiązkowych lektur.
- Chodziłem do klasy o profilu humanistycznym, więc miałem szczególnie dużo takich obowiązkowych książek do przeczytania. Byłem tym trochę przytłoczony. Ale właśnie wtedy, w drugiej, albo trzeciej klasie liceum, trafiłem na "Myśli" Pascala. Do dziś znam na pamięć kilka zdań z tej książki. Mam zresztą piękny egzemplarz "Myśli" z plamą rozlanego atramentu, który wylałem na papier jako licealista, bo pisałem piórem maczanym w kałamarzu. Dziś, gdy sięgam do tej książki, to wraca moment trwogi czytelnika, gdy atrament zalewa mu tekst.
W okresie liceum odkryłem także twórczość Dostojewskiego. Pamiętam, że pierwszy raz przeczytałem "Zbrodnię i karę" i "Braci Karamazow" w czasie wakacji i... bardzo polubiłem literaturę rosyjską. Czytałem również utwory Czechowa. U niego spodobał mi się zmysł mikroobserwacji, a u Dostojewskiego powaga problemów, które się wyłaniały z tych książek.
Jakaś książka zdecydowała, że Alfred Marek Wierzbicki zdecydował się skierować pierwsze kroki w dorosłym życiu na wydział teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego?
- Chyba żadna nie miała na mnie takiego wpływu wprost, oprócz Biblii. Wszystkie Ewangelie przeczytałem już w ósmej klasie szkoły podstawowej. Wtedy nie myślałem jeszcze o kapłaństwie, ale ta lektura była naprawdę poruszająca. Nie wszystko zrozumiałem, ale czytanie Ewangelii było dużym przeżyciem.
Potem na studiach trafiłem na wspaniałą lekturę z programu nauczania. Pewnie mało kto w to uwierzy, bo były to dokumenty Soboru Watykańskiego II. Wtedy po prostu je chłonąłem. Z jednej strony są suche w formie, ale jednak dotyczą spraw fundamentalnych. Dały mi wielką wiedzę o Kościele, liturgii, wolności religijnej. Przede wszystkim zaś ostatni dokument soborowy "Gaudium et spes" ("Radość i nadzieja") przekazał mi wizję relacji między Kościołem a kulturą. W tym widzę zręby mojego myślenia.
Ciekawe, że dokumentu soborowego, który odegrał sporą rolę w moim duszpasterstwie, w ogóle nie poznałem w tamtym czasie. To deklaracja "Nostra aetate", o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. Przeczytałem ją mniej więcej 15 lat temu. Dopiero!
Trzy lata temu wydał ksiądz zbiór swoich felietonów zatytułowany "Na ziemi w Lublinie". We wstępie do tej książki przyznał się ksiądz do inspirującego wpływu prof. Władysława Panasa.
- Owszem, nauczyłem się od profesora jak czytać nie tylko książki, ale też miasto. Znałem go mniej więcej 20 lat. Należał do takich postaci KUL-u, które dzięki swojemu talentowi prowadzenia rozmowy wpływały na innych. Spotkałem go, bo podobnie jak on zatrzymywałem się przy witrynie księgarni, by spojrzeć na książki. Od tego zaczęły się nasze rozmowy.
Co to znaczy - "czytać miasto"?
- Traktować wielopokoleniowe dzieje jako jeden tekst, swoisty przekaz. Czytając Lublin zacząłem rozumieć go jako miasto wielokulturowe, wieloreligijne, wielowyznaniowe, jako tygiel narodów, języków.
Napisałem wiersz dedykowany profesorowi Panasowi, zatytułowałem go "Zaułek Panasa", jeszcze zanim na mapie Lublina taki zaułek rzeczywiście się pojawił. W ilu językach trzeba mówić, by przedstawić obraz tego miasta? W tym wierszu zawarłem wizję aniołów unoszących się nad Lublinem i mówiących po polsku, rosyjsku, w jidysz.
Dzięki Władysławowi Panasowi zainteresował się ksiądz prozą Brunona Schulza. Jak dziś przekazać niełatwe, skomplikowane utwory tego pisarza uczniom liceum?
- Zabrałbym ich do Drohobycza, po którym chodziłem z egzemplarzem "Sklepów cynamonowych". Poznanie tego niewielkiego miasteczka tłumaczy, jak rodziły się wizje i marzenia Schulza, bo to rzeczywiście jest proza bardzo złożona.
W Drohobyczu zrozumiałem szereg obrazów Schulza. Jedno z jego opowiadań, bodajże "Sierpień", zaczyna się od takiego zdania, że chodził z matką po rynku, cienie układały się, jak klawisze fortepianu. Widziałem podobny efekt padania światła słonecznego. Schulz był pisarzem wielkiej wyobraźni, a jednocześnie człowiekiem, który umiał wiele rzeczy zaobserwować, np. gdy pisze, że Borysław rozłożył się jak kot w dolinie. Rzeczywiście, to miasto leży na pięknym wzgórzu.
Jednak czymś ryzykownym jest odczytywanie wszystkich elementów twórczości Schulza w rzeczywistości, w której żył. Np. apteka z jednego z jego opowiadań, ze swoimi zapachami, smakiem wody sodowej z sokiem malinowym. Proza Schulza jest pełna takich szczegółów. Czy taka apteka istniała? Pewnie tak. Ale czy jest to akurat ta apteka przy rynku w Drohobyczu, która dziś pretenduje do miana "schulzowskiej", czy jakaś inna? To nieistotne, bo Schulz przede wszystkim pisze o swojej rodzinie: matce, ojcu, a to podstawowe archetypy. Poza tym jest u niego wiele z Biblii. Znając Biblię można obserwować jak Schulz transformował jej wątki, przetwarzał. Ale bez podróży do Drohobycza nie miałbym topograficznego dopełnienia jego twórczości. Pomimo zniszczeń i sowietyzacji coś tam zostało z galicyjskiego miasteczka.
Ks. prof. Alfred M. Wierzbicki*: Elementarz. Później dorastając byłem pod ogromnym wpływem "Baśni" Hansa Christiana Andersena.
"Baśnie" Andersena, a nie braci Grimm?
- Braci Grimm przeczytałem później, ale łagodniejsze utwory Andersena bardziej odpowiadały mojej naturze. A może to lektura ukształtowała moją naturę? Tego nie wiemy. Baśnie braci Grimm przeczytałem jako dojrzały człowiek i stwierdziłem, że to nie jest mój świat. Są zbyt mroczne.
W szkole średniej, gdy człowiek dorasta, spada na niego obowiązek przebrnięcia przez stos obowiązkowych lektur.
- Chodziłem do klasy o profilu humanistycznym, więc miałem szczególnie dużo takich obowiązkowych książek do przeczytania. Byłem tym trochę przytłoczony. Ale właśnie wtedy, w drugiej, albo trzeciej klasie liceum, trafiłem na "Myśli" Pascala. Do dziś znam na pamięć kilka zdań z tej książki. Mam zresztą piękny egzemplarz "Myśli" z plamą rozlanego atramentu, który wylałem na papier jako licealista, bo pisałem piórem maczanym w kałamarzu. Dziś, gdy sięgam do tej książki, to wraca moment trwogi czytelnika, gdy atrament zalewa mu tekst.
W okresie liceum odkryłem także twórczość Dostojewskiego. Pamiętam, że pierwszy raz przeczytałem "Zbrodnię i karę" i "Braci Karamazow" w czasie wakacji i... bardzo polubiłem literaturę rosyjską. Czytałem również utwory Czechowa. U niego spodobał mi się zmysł mikroobserwacji, a u Dostojewskiego powaga problemów, które się wyłaniały z tych książek.
Jakaś książka zdecydowała, że Alfred Marek Wierzbicki zdecydował się skierować pierwsze kroki w dorosłym życiu na wydział teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego?
- Chyba żadna nie miała na mnie takiego wpływu wprost, oprócz Biblii. Wszystkie Ewangelie przeczytałem już w ósmej klasie szkoły podstawowej. Wtedy nie myślałem jeszcze o kapłaństwie, ale ta lektura była naprawdę poruszająca. Nie wszystko zrozumiałem, ale czytanie Ewangelii było dużym przeżyciem.
Potem na studiach trafiłem na wspaniałą lekturę z programu nauczania. Pewnie mało kto w to uwierzy, bo były to dokumenty Soboru Watykańskiego II. Wtedy po prostu je chłonąłem. Z jednej strony są suche w formie, ale jednak dotyczą spraw fundamentalnych. Dały mi wielką wiedzę o Kościele, liturgii, wolności religijnej. Przede wszystkim zaś ostatni dokument soborowy "Gaudium et spes" ("Radość i nadzieja") przekazał mi wizję relacji między Kościołem a kulturą. W tym widzę zręby mojego myślenia.
Ciekawe, że dokumentu soborowego, który odegrał sporą rolę w moim duszpasterstwie, w ogóle nie poznałem w tamtym czasie. To deklaracja "Nostra aetate", o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. Przeczytałem ją mniej więcej 15 lat temu. Dopiero!
Trzy lata temu wydał ksiądz zbiór swoich felietonów zatytułowany "Na ziemi w Lublinie". We wstępie do tej książki przyznał się ksiądz do inspirującego wpływu prof. Władysława Panasa.
- Owszem, nauczyłem się od profesora jak czytać nie tylko książki, ale też miasto. Znałem go mniej więcej 20 lat. Należał do takich postaci KUL-u, które dzięki swojemu talentowi prowadzenia rozmowy wpływały na innych. Spotkałem go, bo podobnie jak on zatrzymywałem się przy witrynie księgarni, by spojrzeć na książki. Od tego zaczęły się nasze rozmowy.
Co to znaczy - "czytać miasto"?
- Traktować wielopokoleniowe dzieje jako jeden tekst, swoisty przekaz. Czytając Lublin zacząłem rozumieć go jako miasto wielokulturowe, wieloreligijne, wielowyznaniowe, jako tygiel narodów, języków.
Napisałem wiersz dedykowany profesorowi Panasowi, zatytułowałem go "Zaułek Panasa", jeszcze zanim na mapie Lublina taki zaułek rzeczywiście się pojawił. W ilu językach trzeba mówić, by przedstawić obraz tego miasta? W tym wierszu zawarłem wizję aniołów unoszących się nad Lublinem i mówiących po polsku, rosyjsku, w jidysz.
Dzięki Władysławowi Panasowi zainteresował się ksiądz prozą Brunona Schulza. Jak dziś przekazać niełatwe, skomplikowane utwory tego pisarza uczniom liceum?
- Zabrałbym ich do Drohobycza, po którym chodziłem z egzemplarzem "Sklepów cynamonowych". Poznanie tego niewielkiego miasteczka tłumaczy, jak rodziły się wizje i marzenia Schulza, bo to rzeczywiście jest proza bardzo złożona.
W Drohobyczu zrozumiałem szereg obrazów Schulza. Jedno z jego opowiadań, bodajże "Sierpień", zaczyna się od takiego zdania, że chodził z matką po rynku, cienie układały się, jak klawisze fortepianu. Widziałem podobny efekt padania światła słonecznego. Schulz był pisarzem wielkiej wyobraźni, a jednocześnie człowiekiem, który umiał wiele rzeczy zaobserwować, np. gdy pisze, że Borysław rozłożył się jak kot w dolinie. Rzeczywiście, to miasto leży na pięknym wzgórzu.
Jednak czymś ryzykownym jest odczytywanie wszystkich elementów twórczości Schulza w rzeczywistości, w której żył. Np. apteka z jednego z jego opowiadań, ze swoimi zapachami, smakiem wody sodowej z sokiem malinowym. Proza Schulza jest pełna takich szczegółów. Czy taka apteka istniała? Pewnie tak. Ale czy jest to akurat ta apteka przy rynku w Drohobyczu, która dziś pretenduje do miana "schulzowskiej", czy jakaś inna? To nieistotne, bo Schulz przede wszystkim pisze o swojej rodzinie: matce, ojcu, a to podstawowe archetypy. Poza tym jest u niego wiele z Biblii. Znając Biblię można obserwować jak Schulz transformował jej wątki, przetwarzał. Ale bez podróży do Drohobycza nie miałbym topograficznego dopełnienia jego twórczości. Pomimo zniszczeń i sowietyzacji coś tam zostało z galicyjskiego miasteczka.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
-
Wyprzedzał na zakręcie, wpadł na drzewo. Trzech rannych
-
Radni PO: "Jesteśmy nieznani, bo nas nie zapraszają"
-
Poranek na ulicach Lublina. Jeździ się coraz gorzej
-
Pogoda na środę. Będzie bardzo ciepło i słonecznie
-
Pułkownik, kryminaliści, matka i porwanie JAK TO BYŁO
-
Z Europarlamentu: Jakoś to będzie, ale czy o to chodzi?
-
Ratusz nie dogaduje się z Echo Investment. Jest zwłoka
-
Pacjenci DSK malują: "Tu jest biedronka a tu krasnal"
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień
- Obwodnica Lublina. Dlaczego wywłaszczeni ...
- Gdzie urządzić przyjęcie komunijne w ...
- Wisła magnesem na turystów? Ogromne ...
- Mega rachunki z Orange za telefony widmo. ...
- Sukces policji? Poczekali, aż wyjdą, po ...
- Miody z Lublina podbijają świat! 80-lecie ...
- Lublin z lotu ptaka. Niesamowite zdjęcia ...



