O Władysławie Panasie. Z ziemi nic nie widać

Grzegorz Józefczuk
2010-01-21 , aktualizacja: 21.01.2010 19:20
A A A Drukuj
W piątą rocznicę śmierci Władysław Panas wydaje się postacią coraz bardziej zagadkową, coraz bardziej tajemną - i coraz bardziej zapomnianą
Prof. Władysław Panas
Fot. Kuba Krzysiak / AG
Prof. Władysław Panas
Tragiczne było to, że kiedy się rozpisał, kiedy zaczął przekraczać kanony akademickości - i stawał się wielkim pisarzem, zacierał granice gatunków... musiał umrzeć. Czy musiał? Myślę, że wiedział o chorobie i bał się jej, dlatego liczył, że stanie się coś pozytywnego dzięki temu właśnie światu, jaki całe życie badał. Niestety, bohaterowie świata Władysława Panasa sami mieli tragiczny los, więc błędem było liczyć na pomoc tych postaci. A jednak liczył, bo sam współtworzył ten ich świat.

Zaczyna się intryga

Widzący z Lublina, który był tak pewny swej mocy, że z dwoma innymi cadykami chciał przyspieszyć nadejście Mesjasza - wypadł z okna swego tak zwanego dworu na ulicy Szerokiej, ale pewne źródła donoszą, że został wyrzucony na ulicę przez siły, które chciał poskromić. Józefa Czechowicza trafiła bomba, kiedy sądził, że uratuje się przed wojną w Lublinie. Brunona Schulza zabił strzałem w głowę hitlerowiec, kiedy pisarz miał już fałszywe dokumenty od AK i miał uciec do Warszawy.

Czego oczekiwał od takich pechowców?

19 listopada 2003 roku w Drohobyczu podczas otwarcia muzeum Brunona Schulza Profesor wygłosił odczyt "Bruno Schulz albo intryga Nieskończoności". Po raz drugi, ale tylko raz po raz drugi wraca tu do pięknego motywu intrygi Nieskończności. Swe wystąpienie zaczął tak: "Kiedy patrzę na życie i dzieło Brunona Schulza dzisiaj, sto jedenaście lat od jego urodzin i sześćdziesiąt jeden lat od jego śmierci, kiedy spojrzeniem obejmujemy to wszystko, co się w tym czasie z nim i jego twórczością działo, co się aktualnie dzieje i co będzie się nadal działo - jestem o tym przekonany, chociaż nie przypisuję sobie proroczych zdolności - nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z czymś, co Emmanuel Levinas nazwał "intrygą Nieskończoności". Jak bowiem inaczej objaśnić ten ciąg faktów i wydarzeń, które układają się w jakąś wielką i tajemniczą fabułę, co stale rozwija się i transformuje w coraz to nowe, wcześniej nieznane - jakby powiedział Schulz - dymensje? Fabuła ta, zatytułowana oczywiście "Bruno Schulz", jest niezmiernie gęsta i skomplikowana. Są w niej wstrząsające antycypacje i osobliwe prawidłowości, które przybierają kształt rozmaitych figur. Wśród jej licznych rozgałęzień nie brakuje wątków dramatycznych i sensacyjnych, nawet kryminalnych. Nie wolna jest też od pierwiastków proweniencji wyraźnie mitologicznej. A przez całe jej terytorium przebiega linia frontu, gdzie ścierają się przeciwstawne siły i toczy się walka o najwyższą stawkę. W ogóle kontrast wydaje się jedną z głównych zasad organizujących tę niekończącą się opowieść."

Czy masz wewnętrzne oko?

Sięgnąłem po taśmę magnetofonową z rozmową, jaką nagrałem z Profesorem, kiedy ukazało się "Oko Cadyka". Ta niezwykła książka zaczyna się od sławnych, ale wcale niełatwych do zrozumienia, słów:

"Dopiero z nieba - i tylko z nieba - widać tę przedziwną osobliwość Miasta. Z nieba, czyli z góry, z pewnej wysokości. To, o czym mówię, może zobaczyć każdy bez wyjątku, każdy, kto ma oczy do patrzenia, ale pod warunkiem, że będzie patrzył z niebieskiego punktu widzenia. Z ziemi nic nie widać. Chociaż to fenomen tajemniczy i nieprawdopodobny, pewnie mistyczny, jest całkowicie postrzegalny zmysłowo. Po prostu: widoczny gołym okiem. Trzeba tylko oderwać się od ziemi i unieść ciało i duszę - choćby samą duszę - ku niebu, do górnego świata. Trzeba posłuchać poety, gdy mówi: "słuchaj rad/ wewnętrznego oka". W ostateczności można posłużyć się fotografiami wykonanymi z lotu ptaka. Objawi się ów niezwykły obraz, nie mam wątpliwości, największa osobliwość Miasta. Obraz wstrząsający. Już teraz, wyprzedzając opis, powiem za Emmanuelem Levinasem, że jest to czysta epifania Enigmy. Powiem, nadal za Levinasem, że będziemy mieli do czynienia z wielką "intrygą Nieskończoności". Bo jak inaczej określić to, co poniżej opisuję?"

O czym jest "Oko Cadyka"? - zapytałem z głupia frant Profesora licząc, że najprostsze pytania nie zawsze są głupie. Władek się obruszył konstatując z góry, że z naszej rozmowy nic nie wyjdzie: - Trudno, może nietrudno, ale niezręcznie autorowi opowiadać o treści.

Niemniej czytelnik potrzebuje wskazania, jaki jest status tej opowieści - nie ustępowałem. On: - Na to odpowiedziałbym nie wprost, bo nie chcę wprost odpowiadać, bo to jest jakieś krępujące, gdyby autor miał fabułę referować.

Wtedy odetchnąłem, bo jednak zaczął mówić: - "Oko Cadyka" jest, myślę, o paru rzeczach. Jest pewną historią dziejącą się na pierwszym poziomie, i do tego większość czytelników dociera. Jest to opowieść o Widzącym z Lublina, o miejscu, w którym żył i jego dzisiejszym stanie, i o okolicach tego miejsca, i o rozmaitych tajemniczych zdarzeniach, jakie tu się dzieją zupełnie nieoczekiwanie. I to jest jeden taki poziom, taki płyciutki, dostępny - powiedziałbym - dla każdego. Ale jest też i drugi poziom, czy też - powiedziałbym - jakieś przesłanie czy wręcz manifest, nie wiem, jak to dzisiaj nazwać, a mianowicie - jest to książeczka również o pewnych sposobach, czy pewnym sposobie patrzenia na rzeczywistość.

- Jakiego patrzenia?

- Właśnie, takiego patrzenia, które wychodzi poza pewne stereotypy, poza pewien paradygmat czy to wrażliwości czy wiedzy, erudycji, poza to, jak się zazwyczaj opowiada o czymś.

Potem powiedział: - To jest nie z historii podręcznikowej.

A potem: - To jest opowieść o faktach i wydarzeniach i o jakiejś opowieści, której z rozmaitych sposobów się nie dostrzega.

Zabrał słownik do grobu

Te wypowiedzi, wydające się enigmatycznymi, są bardzo klarowne. Władysław Panas opowiadał w swych książkach o świecie, który nakłada się na rzeczywistość przedmiotów wypełniających przestrzeń wokół nas. To świat symboli, sensów, znaczeń, świat tekstów, które mogą ale nie muszą się nam objawiać, jak księga do czytania. Aby zajrzeć do tego świata, trzeba go umieć czytać, trzeba umieć go nazywać - jego elementy, zdarzenia, procesy, postacie. Kiedy Władysław Panas zmarł, do grobu zabrał ze sobą słownik tego świata, z którego przeczytał nam zaledwie kilka wyrazów. A były to wyrazy nie byle jakie, skoro to on stworzył pozytywną mitologię Bramy Grodzkiej jako łącznika dwóch różnych kulturowo światów spojonych geografią wzgórza Starego Miasta - i tym samym dokonał pewnej reinterpretacji nie tyle historii miasta, co sposobu mówienia o przeszłości. Stworzył mitologię axis mundi w Lublinie, która przebiega przez miejsce na nieistniejącej ulicy Szerokiej, gdzie mieszkał cadyk Jakub Icchak Horowic. To on wyprowadził Józefa Czechowicza z getta katastroficznego poety prowincji i mgieł. I co najważniejsze, to on wykreślił ze słownika opisu dzieła i życia Brunona Schulza banalne interpretacje masochistyczno-erotyczne, uważając że ten tłumaczony na niemal 40 języków pisarz był naprawdę głębokim myślicielem, że jego dyskurs zakorzeniony był w gnozie, a schulzowskie określenie o mityzacji rzeczywistości nie jest frazesem. To nie erotomanka pokojówka Adela a Bianka była kobietą Schulza - uważał.

Władysław Panas walczył z głupotą, walczył z tandetą, banalnością oraz łatwizną w nazywaniu świata, tego wielkiego, metafizycznego - i tego na wyciągnięcie ręki. Kultura słowa i wypowiedzi, kultura języka i znajomość jego sensotwórczych możliwości i meandrów - to charakteryzowało Profesora.

Tylko zaułek pamięta

Ale komu się chce iść tym śladem, który wraz ze śmiercią Profesora coraz bardziej się rozmywa? Tak w istocie się dzieje, że Władysław Panas staje się coraz bardziej postacią zapomnianą i nie pomoże w tym szyld przy schodach z napisem Zaułek Władysława Panasa. Przykra sprawa, nie ma w pobliżu głowy, która wzięłaby na siebie chęć popularyzacji czy badania jego naukowej twórczości, która graniczy ze swej natury z literaturą. Nie słychać, aby ktoś się tym interesował w środowiskach naukowych, chociaż inaczej jest w środowiskach pozanaukowych (skoro Tomasz Pietrasiewicz wciąż wydaje panasowskie tomy).

Profesor żył w zwielokrotnionych funkcjach: z jeden strony współtworzył coś, z drugiej - to coś opisywał jako dynamiczną realność. I traktował to bardzo poważnie i odpowiedzialnie. Bardzo poważnie traktował swoje książki i bardzo go bolało, że są niedoceniane. Jeżeli wchodził w relacje z tym, czym się zajmował, to bez reszty - i musiał być tam, gdzie jego bohater. To go wyróżniało, bo większość badaczy przedmiot badania stara się od siebie odizolować, Panas - przeciwnie, bo przecież współkonstruował to, co badał. Jeżeli zajmował się Czechowiczem, to znał wszystko, co jest na Starym Mieście i lubił bywać tam, gdzie Czechowicz. Czesława Miłosza namówił do obejrzenia kaplicy św. Trójcy frapująco opowiadając o przekleństwach wydrapanych tam przez średniowiecznych chuliganów. Jeżeli zajmował się Schulzem, to pierwszym imperatywem było być w Drohobyczu wtedy, kiedy trzeba. Jakże ironizował z Benjamina Geislera, który nakręcił film "Odnaleźć obrazy", o odnalezieniu tzw. fresków, jedynego dzieła Schulza, jakie zachowało się w Drohobyczu, skradzionych zaraz potem przez Yad Vashem i wywiezionych do Izraela. Premiera filmu miała miejsce w Nowym Jorku. A dlaczego nie w Drohobyczu? - pytał Władek.

Jak był z Schulzem - to w Drohobyczu. Jak z Czechowiczem - to na Starym Mieście, to w Bramie Grodzkiej, gdzie teraz mija się z duchami Widzącego z Lublina i autora "Poematu o mieście Lublinie".

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Polub nas na Facebooku