Kultura kreuje pozytywny wizerunek miasta
2010-01-01
, aktualizacja: 01.01.2010 18:29
Rok w kulturze udany. Wystartowało kilka nowych instytucji i niezależnych inicjatyw z doprawdy obiecującymi projektami, trwa ferment w teatrze, którym tak Lublin się niegdyś chlubił, patrzymy na sztukę nie tylko w Unii ale chcemy kooperować również ze Wschodem. Kultura wciąż pozostaje najważniejszym czynnikiem kreującym pozytywny wizerunek miasta.
ZOBACZ TAKŻE
- Wybierz Wydarzenie Kultury Roku 2009 (01-01-10, 19:21)
- "Gazeta" podsumowuje rok (30-12-09, 17:28)
Nie da się napisać podsumowania roku kulturalnego tak, aby kogoś nie skrzywdzić. Kiedy sięgam do archiwum pisanego i elektronicznego i dodatkowo przywołuję w pamięci aurę dziesiątek i setek (a przecież było ich tysiące) wydarzeń kulturalnych, jakimi 2009 rok obrodził w Lublinie, wydaje mi się, że bardzo wiele z nich ma swoje ważne miejsce w którymś z elementów wielkiego tygla kultury lubelskiej, polskiej, nawet europejskiej. Kultura ma postać wielowarstwową, wielopoziomową, jest elitarna i niszowa ale i masowa, wysoka i niska, piękna i kiczowata, bo kicz też ma swe miejsce w sztuce. Kultura rodzi się z wielu najróżniejszych cegiełek.
Zatem uzasadniony wieloma względami wybór dla kogoś innego może być jednak bardzo arbitralny. Wydarzenia, które przedstawiam poniżej, omawiam tak, aby pokazać, że jako sukcesy nie biorą się one z niczego, że stoją za nimi konkretni ludzie i instytucje, są one efektem mozolnej pracy, fazą szerszego procesu.
Wybory zrewiduje czas. Warto pod rozwagę i ku zastanowieniu wymienić, jak Lublin pojawił się mocno w telewizjach ogólnopolskich w ostatnim dniu roku 2009. 31 grudnia TVP Kultura zaprezentowała nie starzejące się spektakle Teatru Wizji i Ruchu zmarłego przed ponad rokiem Jerzego Leszczyńskiego - "Krzesła" i "Follow Me Dream" w telewizyjnej reżyserii Jerzego Gruzy z muzyką SBB. A w relacjach z masowych imprez noworocznych Beata Kozidrak, która z Bajmem była atrakcją Sylwestra w Szczecinie, powiedziała słowo o "rodzinnym Lublinie".
Tomasz Stańko i kołysanki młodych babek
Festiwal "Kody" (pierwsza edycja 21-23 maja) odkrył to, co przecież wiemy i co nie jest dla nas nowe: że ścieranie się i konfrontowanie tradycji i nowoczesności w muzyce daje wspaniałe efekty. A jednak ten sztandarowy festiwalowy projekt nowo powołanej miejskiej instytucji kultury pod nazwą Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych "Rozdroża" okazał się oryginalny i ożywczy. Ani ośrodek "Rozdroża" ani tym bardziej festiwal "Kody" nie są inicjatywą dworską, zrobioną na zamówienie polityczne, a przeciwnie - wyrastają z obywatelskiej aktywności i siły kompetentnych pasjonatów, jacy przed laty tworzyli autorytet Fundacji "Muzyka Kresów".
Nie chodzi o to, że mamy nowy festiwal, bo festiwale są tylko rodzajem strukturyzacji wydarzeń. Tutaj chodzi o jakość wydarzeń, jakie "Kody" zaproponowały i wizję wykorzystania samego Lublina jako miejsca festiwalu. Okazało się, że Mirosław Haponiuk jako dyrektor i Jan Bernad jako artystyczny filar wyrosły z "Muzyki Kresów" nie lękali się zaprosić do Lublina artystów, o jakich mogliśmy wcześniej tylko marzyć. Zrobili magiczny pstryk - i oto jeden z najwybitniejszych saksofonistów świata Jan Garbarek z najsławniejszym wokalnym zespołem europejskim muzyki dawnej The Hilliard Ensemble wystąpili w bazylice przy ulicy Złotej (5 maja). Lecz w mojej opinii coś jeszcze innego świadczy o rodzącej się wielkości tego festiwalu, opartego nie na samej finansowej możliwości sprowadzania artystów (wiadomo, że kto ma kasę, ten może zaprosić kogo chce). Za najważniejszy, za wydarzenie roku uważam wspólny koncert Tomasza Stańki i Zespołu Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej (założonej przez "Muzykę Kresów"), jaki odbył się na finał "Kodów" w sali Filharmonii Lubelskiej. Dziewięć młodych dziewczyn usiadło w zacienionym kręgu i śpiewało kołysanki takie i tak, jak przez wieki śpiewa się na wsiach. Stańko odpowiadał im melodią i emocją improwizowanych dźwięków instrumentu, którego jest królem. Śpiew z otchłani przeszłości delikatnie rezonował z mistrzowskimi dźwiękami trąbki. Był to koncert, jakiego nie można powtórzyć nigdzie indziej. I to bodaj jedyny przypadek wspólnego przedsięwzięcia artysty tej rangi i sławy w artystycznej kooperacji z lubelskim ansamblem, tutaj zrodzonym i tutaj powstałym jako efekt długoletniej pracy. Że "Rozdroża" się nie boją, niech świadczy to, że obecnie działają, aby do Lublina w maju 2010 roku przyjechali John Zorn i Arvo Pärt. Dziękuję! Trzymam kciuki! Być może "Kody" staną się festiwalem, którego zacznie nam zazdrościć Polska, a tym samym zadadzą kłam tezom, że prowincja przestała być generatorem kultury, a to co najważniejsze i twórcze rodzi się w wypasionych centrach.
Trzeba dodać, że "Rozdroża" idą tyralierą, bo obok "Kodów" podjęły też najmodniejszy ostatnio temat przestrzeni publicznej drugim swym festiwalem "Open City/ Miasto Otwarte" (wespół z Waldemarem Tatarczukiem, lubelskim kuratorem performance). A i festiwal "Najstarsze pieśni Europy" dostał nowego bodźca. Nie tylko na "Kodach" rosną "Rozdroża". Przypomnijmy jeszcze, że dziesięć lat temu to właśnie Jan Bernad jako prezes Fundacji "Muzyka Kresów" został przez "Gazetę Wyborczą" Lublin wyróżniony tytułem Artysta Roku 1999 - za festiwal "Najstarsze pieśni Europy".
Artyści z miasta Lemberg w Warsztatach Kultury
Każde miasto w Polsce jest bramą na Wschód, przede wszystkim - bramą na Ukrainę, deklaruje to zarówno Szczecin, Poznań, Wrocław, Warszawa, Rzeszów jak i Lublin. I figa z tego wychodzi, co wynika z różnych przyczyn. Dotychczas Lwów kochaliśmy stawiając lwy na placu Zamkowym. Współpraca kulturalna kończyła się na deklaracjach.
I oto 3 kwietnia otwarto wielką, kto wie, czy w ostatnich latach nie największą w Polsce, wystawę młodej sztuki ukraińskiej "Potęgowanie kultury Lublina i Lwowa" w Warsztatach Kultury, nowej filii Centrum Kultury. Powstanie tej filii samo w sobie jest wydarzeniem, bo zostało wymuszone przez najmłodsze pokolenie menedżerów i animatorów kultury, ludzi wcale nie urodzonych w Lublinie, którzy po ukończeniu studiów postanowili tu pozostać dając miastu daninę nowej krwi.
Kuratorem tego polsko-ukraińskiego "Potęgowania kultury Lublina i Lwowa" był Włodko Kaufman, guru i promotor artystycznej młodzieży Lwowa, artysta bardzo aktywny i wszechstronny, malarz, scenograf i performer, zajmujący się też sztuką nowych mediów, współzałożyciel Stowarzyszenia Artystycznego "Dzyga", które jest czymś wyjątkowym nie tylko w skali Lwowa i Ukrainy. Wystawa była pierwszym efektem zaskakującego spotkania pokoleń. Powstałe przed 16 laty Stowarzyszenie Artystyczne "Dzyga" współzakładał Markijan Iwaszczyszyn, lider strajków studenckich we Lwowie z 1991 roku, usunięty wtedy przez władze z uczelni. Razem z Włodko Kaufmanem i innymi kolegami (i przy polskim wsparciu) zbudowali we Lwowie ośrodek jazzu nowoczesnego i sieć oryginalnych kawiarni artystycznych. Ich sztandarowy festiwal "JazzBez" dzięki kooperacji z liderami Warsztatów Kultury dotarł do Lublina i mamy nadzieję, że na dłużej.
Do Włodko Kaufmana ciążą młodzi artyści szukający własnej drogi tym bardziej, że "Dzyga" szydzi ze Lwowskiej Akademii Sztuk Pięknych zarzucając jej starcze skostnienie. Młodzi nie boją się krytykować i śmiać się z tego, co wokół, prowokować, komentować, myśleć. Wernisaż wystawy trzydziestu artystów zaczął się od rodzaju komentarza na temat tego, jak postrzegamy Ukraińców. Ołeksij Choroszko i Serhiej Petluk sięgnęli po przedmiot, który najbanalniej i mało ciekawie symbolizuje relacje polsko-ukraińskie: po tanie, wielkie torby podróżne w kratkę, jakimi załadowane są rejsowe autobusy przygraniczne i pociągi. Torby wypchali balonami napełnionymi helem - i to te fruwające torby najpierw wypadły zza drzwi, przed którymi stała publiczność wernisażu ciekawa tego, co z Ukrainy przywieźli artyści. "Torba jako ciężar w drodze do eurointegracji, jako pośrednik komunikacji międzynarodowej, jako obiekt artystyczny nie powinna wzbudzać podejrzeń celników, chociaż to niewiarygodne, że ona niczego nie zawiera" - żartowali.
Teatr repertuarowy i młodzi zdolni
Teatr im. Juliusza Osterwy miał świetny rok, tu wspomnijmy o dwóch premierach. 31 stycznia zobaczyliśmy "Widnokrąg" Wiesława Myśliwskiego w adaptacji i reżyserii Bogdana Toszy ze scenografią Jerzego Kaliny. Powieść, za którą Wiesław Myśliwski otrzymał w 1997 roku pierwszą Nagrodę Nike, wcześniej adaptowana była tylko raz na potrzeby telewizji. Lubelska inscenizacja jest więc prapremierą - a co najważniejsze: bardzo wysoko ustawiającą poprzeczkę. To wybitny spektakl i znakomicie przyjmowany przez publiczność, przejmujący, zwarty, sceniczne lustro prozy Myśliwskiego. To teatr szlachetny i wielki. Toszy opowieść o dojrzewaniu bohatera "Widnokręgu" odkrywa magiczność w codzienności. Jest refleksją o przejmującej samotności, która znamionuje ludzką kondycję i wrażliwość, samotności wśród innych, a jednak bardzo osobistej, wręcz intymnej. Przyznanie Mikołajowi Roznerskiemu za rolę Piotra nagrody ZASP za debiut w teatrze dramatycznym jest formą uznania dla tej inscenizacji. Nie można zapomnieć o drugiej prapremierze, o "Nocy wielkiego sezonu" według Brunona Schulza w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Babickiego. Schulz jest dla teatru wyzwaniem, Babicki dał tej prozie autonomiczny walor sceniczny.
Jakby po przeciwnej stronie lubelskiej sceny teatralnej rozwija się nowe zjawisko młodych zespołów, które mają ożywić teatr w Centrum Kultury. Poza silnym środowiskiem teatrów tańca chodzi o dwa rozwojowe projekty, jakie radykalnie zmieniają lubelski krajobraz teatralny: Scena InVitro Łukasza Witt-Michałowskiego i neTTheatre Pawła Passiniego. "Ostatni taki ojciec" Sceny InVitro miał premierę 14 lutego i już cztery miesiące później spektakl otrzymał aż cztery nagrody na XV Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. W październiku sztuka została uhonorowana drugą nagrodą na VIII Festiwalu Prapremier Bydgoszcz 2009 (wyróżnieni zostali twórcy przedstawienia: Artur Pałyga (tekst), reżyser Łukasz Witt-Michałowski i autor muzyki Max Kowalski oraz aktorzy). O ile Michałowski bliższy jest oszczędnemu teatrowi faktu, o tyle teatr Pawła Passiniego operuje zupełnie inną estetyką, podejmuje zaskakujące tematy "nie z tego świata" i skupia się na poszukiwaniu sensów i symboli. Passini zrobił niedocenionego "U.F.O. Spotykacza", a ostatnio pokazał "Turandot", rzecz fascynującą swą wielowarstwowością w penetracji granic geniuszu i zła. Zarazem Passini podjął się realizacji projektu Daf Yomi, który ma być rodzajem włączenia się w dyskurs kultury żydowskiej, która w Lublinie dotychczas wydawała się historią.
Po prostu: Robert Kuśmirowski
Jest to chyba najbardziej pracowity twórca swego pokolenia - i do tego związany z Lublinem; wciąż jest ofensywny, krytyczny, przekracza coraz to nowe bariery i odnajduje dla siebie nowe drogi twórczości. Robert Kuśmirowski, laureat Paszportu "Polityki", debiutował w 2002 roku w Galerii Białej, ale teraz sam też występuje w roli kuratora i galernika. Uwielbia wprowadzać odbiorców sztuki w zaskoczenie i zakłopotanie, jest mistrzem manipulowania rzeczywistością poprzez stwarzanie jej kopii, które okazują się pozornie wtórne wobec oryginału - bo jednak żyją własnym życiem.
Zatem uzasadniony wieloma względami wybór dla kogoś innego może być jednak bardzo arbitralny. Wydarzenia, które przedstawiam poniżej, omawiam tak, aby pokazać, że jako sukcesy nie biorą się one z niczego, że stoją za nimi konkretni ludzie i instytucje, są one efektem mozolnej pracy, fazą szerszego procesu.
Wybory zrewiduje czas. Warto pod rozwagę i ku zastanowieniu wymienić, jak Lublin pojawił się mocno w telewizjach ogólnopolskich w ostatnim dniu roku 2009. 31 grudnia TVP Kultura zaprezentowała nie starzejące się spektakle Teatru Wizji i Ruchu zmarłego przed ponad rokiem Jerzego Leszczyńskiego - "Krzesła" i "Follow Me Dream" w telewizyjnej reżyserii Jerzego Gruzy z muzyką SBB. A w relacjach z masowych imprez noworocznych Beata Kozidrak, która z Bajmem była atrakcją Sylwestra w Szczecinie, powiedziała słowo o "rodzinnym Lublinie".
Tomasz Stańko i kołysanki młodych babek
Festiwal "Kody" (pierwsza edycja 21-23 maja) odkrył to, co przecież wiemy i co nie jest dla nas nowe: że ścieranie się i konfrontowanie tradycji i nowoczesności w muzyce daje wspaniałe efekty. A jednak ten sztandarowy festiwalowy projekt nowo powołanej miejskiej instytucji kultury pod nazwą Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych "Rozdroża" okazał się oryginalny i ożywczy. Ani ośrodek "Rozdroża" ani tym bardziej festiwal "Kody" nie są inicjatywą dworską, zrobioną na zamówienie polityczne, a przeciwnie - wyrastają z obywatelskiej aktywności i siły kompetentnych pasjonatów, jacy przed laty tworzyli autorytet Fundacji "Muzyka Kresów".
Nie chodzi o to, że mamy nowy festiwal, bo festiwale są tylko rodzajem strukturyzacji wydarzeń. Tutaj chodzi o jakość wydarzeń, jakie "Kody" zaproponowały i wizję wykorzystania samego Lublina jako miejsca festiwalu. Okazało się, że Mirosław Haponiuk jako dyrektor i Jan Bernad jako artystyczny filar wyrosły z "Muzyki Kresów" nie lękali się zaprosić do Lublina artystów, o jakich mogliśmy wcześniej tylko marzyć. Zrobili magiczny pstryk - i oto jeden z najwybitniejszych saksofonistów świata Jan Garbarek z najsławniejszym wokalnym zespołem europejskim muzyki dawnej The Hilliard Ensemble wystąpili w bazylice przy ulicy Złotej (5 maja). Lecz w mojej opinii coś jeszcze innego świadczy o rodzącej się wielkości tego festiwalu, opartego nie na samej finansowej możliwości sprowadzania artystów (wiadomo, że kto ma kasę, ten może zaprosić kogo chce). Za najważniejszy, za wydarzenie roku uważam wspólny koncert Tomasza Stańki i Zespołu Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej (założonej przez "Muzykę Kresów"), jaki odbył się na finał "Kodów" w sali Filharmonii Lubelskiej. Dziewięć młodych dziewczyn usiadło w zacienionym kręgu i śpiewało kołysanki takie i tak, jak przez wieki śpiewa się na wsiach. Stańko odpowiadał im melodią i emocją improwizowanych dźwięków instrumentu, którego jest królem. Śpiew z otchłani przeszłości delikatnie rezonował z mistrzowskimi dźwiękami trąbki. Był to koncert, jakiego nie można powtórzyć nigdzie indziej. I to bodaj jedyny przypadek wspólnego przedsięwzięcia artysty tej rangi i sławy w artystycznej kooperacji z lubelskim ansamblem, tutaj zrodzonym i tutaj powstałym jako efekt długoletniej pracy. Że "Rozdroża" się nie boją, niech świadczy to, że obecnie działają, aby do Lublina w maju 2010 roku przyjechali John Zorn i Arvo Pärt. Dziękuję! Trzymam kciuki! Być może "Kody" staną się festiwalem, którego zacznie nam zazdrościć Polska, a tym samym zadadzą kłam tezom, że prowincja przestała być generatorem kultury, a to co najważniejsze i twórcze rodzi się w wypasionych centrach.
Trzeba dodać, że "Rozdroża" idą tyralierą, bo obok "Kodów" podjęły też najmodniejszy ostatnio temat przestrzeni publicznej drugim swym festiwalem "Open City/ Miasto Otwarte" (wespół z Waldemarem Tatarczukiem, lubelskim kuratorem performance). A i festiwal "Najstarsze pieśni Europy" dostał nowego bodźca. Nie tylko na "Kodach" rosną "Rozdroża". Przypomnijmy jeszcze, że dziesięć lat temu to właśnie Jan Bernad jako prezes Fundacji "Muzyka Kresów" został przez "Gazetę Wyborczą" Lublin wyróżniony tytułem Artysta Roku 1999 - za festiwal "Najstarsze pieśni Europy".
Artyści z miasta Lemberg w Warsztatach Kultury
Każde miasto w Polsce jest bramą na Wschód, przede wszystkim - bramą na Ukrainę, deklaruje to zarówno Szczecin, Poznań, Wrocław, Warszawa, Rzeszów jak i Lublin. I figa z tego wychodzi, co wynika z różnych przyczyn. Dotychczas Lwów kochaliśmy stawiając lwy na placu Zamkowym. Współpraca kulturalna kończyła się na deklaracjach.
I oto 3 kwietnia otwarto wielką, kto wie, czy w ostatnich latach nie największą w Polsce, wystawę młodej sztuki ukraińskiej "Potęgowanie kultury Lublina i Lwowa" w Warsztatach Kultury, nowej filii Centrum Kultury. Powstanie tej filii samo w sobie jest wydarzeniem, bo zostało wymuszone przez najmłodsze pokolenie menedżerów i animatorów kultury, ludzi wcale nie urodzonych w Lublinie, którzy po ukończeniu studiów postanowili tu pozostać dając miastu daninę nowej krwi.
Kuratorem tego polsko-ukraińskiego "Potęgowania kultury Lublina i Lwowa" był Włodko Kaufman, guru i promotor artystycznej młodzieży Lwowa, artysta bardzo aktywny i wszechstronny, malarz, scenograf i performer, zajmujący się też sztuką nowych mediów, współzałożyciel Stowarzyszenia Artystycznego "Dzyga", które jest czymś wyjątkowym nie tylko w skali Lwowa i Ukrainy. Wystawa była pierwszym efektem zaskakującego spotkania pokoleń. Powstałe przed 16 laty Stowarzyszenie Artystyczne "Dzyga" współzakładał Markijan Iwaszczyszyn, lider strajków studenckich we Lwowie z 1991 roku, usunięty wtedy przez władze z uczelni. Razem z Włodko Kaufmanem i innymi kolegami (i przy polskim wsparciu) zbudowali we Lwowie ośrodek jazzu nowoczesnego i sieć oryginalnych kawiarni artystycznych. Ich sztandarowy festiwal "JazzBez" dzięki kooperacji z liderami Warsztatów Kultury dotarł do Lublina i mamy nadzieję, że na dłużej.
Do Włodko Kaufmana ciążą młodzi artyści szukający własnej drogi tym bardziej, że "Dzyga" szydzi ze Lwowskiej Akademii Sztuk Pięknych zarzucając jej starcze skostnienie. Młodzi nie boją się krytykować i śmiać się z tego, co wokół, prowokować, komentować, myśleć. Wernisaż wystawy trzydziestu artystów zaczął się od rodzaju komentarza na temat tego, jak postrzegamy Ukraińców. Ołeksij Choroszko i Serhiej Petluk sięgnęli po przedmiot, który najbanalniej i mało ciekawie symbolizuje relacje polsko-ukraińskie: po tanie, wielkie torby podróżne w kratkę, jakimi załadowane są rejsowe autobusy przygraniczne i pociągi. Torby wypchali balonami napełnionymi helem - i to te fruwające torby najpierw wypadły zza drzwi, przed którymi stała publiczność wernisażu ciekawa tego, co z Ukrainy przywieźli artyści. "Torba jako ciężar w drodze do eurointegracji, jako pośrednik komunikacji międzynarodowej, jako obiekt artystyczny nie powinna wzbudzać podejrzeń celników, chociaż to niewiarygodne, że ona niczego nie zawiera" - żartowali.
Teatr repertuarowy i młodzi zdolni
Teatr im. Juliusza Osterwy miał świetny rok, tu wspomnijmy o dwóch premierach. 31 stycznia zobaczyliśmy "Widnokrąg" Wiesława Myśliwskiego w adaptacji i reżyserii Bogdana Toszy ze scenografią Jerzego Kaliny. Powieść, za którą Wiesław Myśliwski otrzymał w 1997 roku pierwszą Nagrodę Nike, wcześniej adaptowana była tylko raz na potrzeby telewizji. Lubelska inscenizacja jest więc prapremierą - a co najważniejsze: bardzo wysoko ustawiającą poprzeczkę. To wybitny spektakl i znakomicie przyjmowany przez publiczność, przejmujący, zwarty, sceniczne lustro prozy Myśliwskiego. To teatr szlachetny i wielki. Toszy opowieść o dojrzewaniu bohatera "Widnokręgu" odkrywa magiczność w codzienności. Jest refleksją o przejmującej samotności, która znamionuje ludzką kondycję i wrażliwość, samotności wśród innych, a jednak bardzo osobistej, wręcz intymnej. Przyznanie Mikołajowi Roznerskiemu za rolę Piotra nagrody ZASP za debiut w teatrze dramatycznym jest formą uznania dla tej inscenizacji. Nie można zapomnieć o drugiej prapremierze, o "Nocy wielkiego sezonu" według Brunona Schulza w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Babickiego. Schulz jest dla teatru wyzwaniem, Babicki dał tej prozie autonomiczny walor sceniczny.
Jakby po przeciwnej stronie lubelskiej sceny teatralnej rozwija się nowe zjawisko młodych zespołów, które mają ożywić teatr w Centrum Kultury. Poza silnym środowiskiem teatrów tańca chodzi o dwa rozwojowe projekty, jakie radykalnie zmieniają lubelski krajobraz teatralny: Scena InVitro Łukasza Witt-Michałowskiego i neTTheatre Pawła Passiniego. "Ostatni taki ojciec" Sceny InVitro miał premierę 14 lutego i już cztery miesiące później spektakl otrzymał aż cztery nagrody na XV Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. W październiku sztuka została uhonorowana drugą nagrodą na VIII Festiwalu Prapremier Bydgoszcz 2009 (wyróżnieni zostali twórcy przedstawienia: Artur Pałyga (tekst), reżyser Łukasz Witt-Michałowski i autor muzyki Max Kowalski oraz aktorzy). O ile Michałowski bliższy jest oszczędnemu teatrowi faktu, o tyle teatr Pawła Passiniego operuje zupełnie inną estetyką, podejmuje zaskakujące tematy "nie z tego świata" i skupia się na poszukiwaniu sensów i symboli. Passini zrobił niedocenionego "U.F.O. Spotykacza", a ostatnio pokazał "Turandot", rzecz fascynującą swą wielowarstwowością w penetracji granic geniuszu i zła. Zarazem Passini podjął się realizacji projektu Daf Yomi, który ma być rodzajem włączenia się w dyskurs kultury żydowskiej, która w Lublinie dotychczas wydawała się historią.
Po prostu: Robert Kuśmirowski
Jest to chyba najbardziej pracowity twórca swego pokolenia - i do tego związany z Lublinem; wciąż jest ofensywny, krytyczny, przekracza coraz to nowe bariery i odnajduje dla siebie nowe drogi twórczości. Robert Kuśmirowski, laureat Paszportu "Polityki", debiutował w 2002 roku w Galerii Białej, ale teraz sam też występuje w roli kuratora i galernika. Uwielbia wprowadzać odbiorców sztuki w zaskoczenie i zakłopotanie, jest mistrzem manipulowania rzeczywistością poprzez stwarzanie jej kopii, które okazują się pozornie wtórne wobec oryginału - bo jednak żyją własnym życiem.
W styczniu otworzył w krakowskim Bunkrze Sztuki wystawę "Masyw kolekcjonerski" - ze zbiorów własnych oraz rodziny Sosenków, krakowskich gigantów kolekcjonerstwa. W lutym na otwarcie ośrodka "Rozdroża" w Lublinie zrealizował przy Krakowskim Przedmieściu 39 obiekt, który jest przeniesioną z lat 50. XX wieku portiernią. W marcu w Blankendberge, najpopularniejszym nadmorskim kurorcie belgijskim, budował inny niezwykły obiekt artystyczny: fasadę kamienicy z ulicy Olejnej w Lublinie. W czerwcu zaprosił 22 młodych artystów (oraz dziesięciu gości zaproszonych z Cieszyna) udostępniając im miejsce w Warsztatach Kultury i swojej ich części, którą nazwał Towot Squat. To wielka przyjemność, dać się Kuśmirowskiemu i jego kolegom oszukać, kiedy patrzy się na zdezelowaną budkę telefoniczną bądź na drzwi, które wcale ani budką, ani drzwiami nie są. Sam Kuśmirowski prezentował wykonaną w Belgii pracę P.A.P.O.P. (czyli: Pokój Analizy Postępu Odbioru Pracy) oraz "Linię", ciąg urządzeń tak starych, że nic z nich nie powstanie, jakby zachowanych w schronie atomowym po wybuchu jądrowym. W lipcu Kuśmirowski kopał wielki spiralny dół przy al. Racławickich w ramach festiwalu "Open City".
Nie wyliczymy wszystkiego, co Robert Kuśmirowski zdziałał w 2009 roku, lecz dodajmy jeszcze tylko dwie informacje. W maju w gotyckim Palazzo Dona na Campo San Polo, jednym z ładniejszych placów Wenecji, Fundacja Signum Hanny i Jarosława Przyborowskich otworzyła wystawę "Obudź się i śnij". Robert Kuśmirowski znalazł się w towarzystwie m.in. Romana Opałki, Brunona Schulza, Kazimierza Malewicza, Witkacego, Mirosława Bałki i innych. W październiku w londyńskim Barbican artysta pokazał swą nową instalację - bunkier z czasów II wojny światowej.
Lublin w czterystu odsłonach
Wystawa jakoś przeszła bez większego echa, a przecież była tak dla nas pierwszorzędnie ważna - i szybko się nie powtórzy. Czerwcowa wystawa "Portret miasta. Lublin w malarstwie, rysunku i grafice 1618-1939" była największą ekspozycją w Muzeum Lubelskim (kurator Renata Bartnik) poświęconą naszemu miastu. 487 prac uporządkowano według pewnego klucza: najpierw oglądaliśmy panoramy Lublina (poczynając od oryginału Abrahama Hogenberga z 1618 roku), potem zamek i kaplicę, bazylikę Dominikanów i Podwale, następnie wystawa prowadziła ulicami i zaułkami od Bramy Grodzkiej do Krakowskiej aż do tych dawnych przedmieść Lublina, które dzisiaj są jego dzielnicami. Było wiele prac, w tym wypożyczonych z innych placówek, pokazywanych po raz pierwszy, a wiele w ogóle nieznanych było nawet historykom Lublina.
Data 1618 pojawiająca się w tytule to rok wydania przez spółkę Jerzego Brauna i Abrahama Hogenberga szóstego tomu miedziorytów kolorowanych z widokami miast "Civitates orbis terrarum", gdzie ci odważni wydawcy i zdolni rytownicy pomieścili sławną, najstarszą ze znanych - panoramę Lublina.
Panderecki jak w Jerozolimie
2 kwietnia w Filharmonii Lubelskiej wykonano VII Symfonię "Siedem Bram Jerozolimy" Krzysztofa Pendereckiego - z udziałem kompozytora i najwybitniejszych polskich solistów oraz wielu chórów. W wywiadzie dla Gazety kompozytor powiedział: - Dwa lata temu po wykonaniu w Lublinie mojego Requiem, bardzo udanym zresztą, rozmawialiśmy z panią dyrektor Teresą Księską-Falger na temat ewentualnego przyszłego koncertu i ja wówczas powiedziałem tak ad hoc, że chciałbym tu zrobić "Siedem bram". Każde wykonanie tego dzieła jest dużym wyzwaniem dla filharmonii, bo w żadnej nie ma tylu muzyków, nie ma tak dużego chóru. Cieszę się, że doszło do tego wykonania i że mogłem publiczności lubelskiej przedstawić jeden z moich najważniejszych utworów.
Symfonia powstała w 1996 r. z okazji jubileuszu trzeciego tysiąclecia istnienia Jerozolimy, świętego miasta wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Koncert był wielkim świętem muzyki, jednocześnie wpisywał się w równie wielki kontekst: rocznicę śmierci Jana Pawła II.
Koncert był też symbolicznym znakiem zmiany rządów w Filharmonii; był to ostatni koncert za czasów Teresy Księskiej-Falger jako dyrektor artystycznej tej instytucji.
Julia Hartwig lublinianką
Było to starania długotrwałe. Nieprzypadkowe, bo rodzina Hartwigów wpisała się złotymi zgłoskami w historię Lublina. Przed ponad pięciu laty, dokładnie 5 listopada 2004 roku, z inicjatywy Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN, przejście między ulicą Kowalską a placem Rybnym (sławne schodki uwiecznione na fotografii Edwarda Hartwiga) otrzymało oficjalną nazwę Zaułka Hartwigów. W maju 2006 roku Julia Hartwig przygotowała zbiór swych wierszy lubelskich, książkę o tytule "Zaułek Hartwigów". Poetka znowu przyjechała do Lublina, przygotowano dla niej bardzo sentymentalny spacer śladami... jej rodziny oraz trasą, którą można by nazwać czechowiczowską.
15 października 2009 roku rada miasta podjęła stosowną uchwałę. Wraz z Julią Hartwig tytuł honorowego obywatela Lublina otrzymali też kompozytor Andrzej Nikodemowicz i lekarka Wanda Półtawska. Uroczystość nadania tytułu odbyła się 27 października. Ośrodek w Bramie Grodzkiej uhonorował damę polskiej poezji nagrodą "Kamienia".
Julia Hartwig jest jedną z najbardziej uznanych współczesnych polskich poetek, pisarką, eseistką, tłumaczką. Urodziła się w 1921 roku w Lublinie, tutaj ukończyła szkołę podstawową i średnią, w 1939 roku zdała egzamin maturalny. W Katolickim Uniwersytecie Lubelskim rozpoczęła studia. Potem przeniosła się do Warszawy.
Urny, czyli jak pamiętać początek wolności
Sztuka w służbie społecznie ważnych idei nic nie traci ze swej wartości konceptualnej i artystycznej, jest poszukiwaniem formy dla treści ponadindywidualnych. 4 czerwca świętowaliśmy 20 rocznicę wolności, czyli pamiętnych wyborów 4 czerwca 1989 roku, które otworzyły polską drogę do przemian. Tomasz Pietrasiewicz, dyrektor Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN" zaprojektował instalację, która okazała się najciekawszym sposobem uczczenia tej daty. Na placu Litewskim ustawił 170 pudeł symbolizujących urny wyborcze, miały napis: "Made in Poland", "Uwaga delikatne - Duch Wolności" i "Wybory 4 czerwca 1989". To symboliczne działanie w przestrzeni miasta miały przypomnieć, że przemiany po wyborach są dziełem tych wszystkich, którzy 4 czerwca 1989 roku poszli głosować - wyjaśniał autor pomysłu.
Część urn... wysłano. Cztery z nich zostały zaadresowane do miast, w których jesienią 1989 r. nastąpiły dramatyczne przesilenia związane z upadkiem komunizmu (Pragi, Berlina, Budapesztu i Bukaresztu). Jedna przesyłka została wysłana do Brukseli na adres Komisji Europejskiej. Jedna zaś - zaadresowana do Chin w związku z krwawym stłumieniem demonstracji 4 czerwca 1989 r. na placu Tiananmen w Pekinie. Ostatnia przesyłka trafiła do Mińska na Białoruś. Na każdej z tych niezwykłych przesyłek znalazł się napis: "Uwaga delikatne - Duch Wolności".
Nie wyliczymy wszystkiego, co Robert Kuśmirowski zdziałał w 2009 roku, lecz dodajmy jeszcze tylko dwie informacje. W maju w gotyckim Palazzo Dona na Campo San Polo, jednym z ładniejszych placów Wenecji, Fundacja Signum Hanny i Jarosława Przyborowskich otworzyła wystawę "Obudź się i śnij". Robert Kuśmirowski znalazł się w towarzystwie m.in. Romana Opałki, Brunona Schulza, Kazimierza Malewicza, Witkacego, Mirosława Bałki i innych. W październiku w londyńskim Barbican artysta pokazał swą nową instalację - bunkier z czasów II wojny światowej.
Lublin w czterystu odsłonach
Wystawa jakoś przeszła bez większego echa, a przecież była tak dla nas pierwszorzędnie ważna - i szybko się nie powtórzy. Czerwcowa wystawa "Portret miasta. Lublin w malarstwie, rysunku i grafice 1618-1939" była największą ekspozycją w Muzeum Lubelskim (kurator Renata Bartnik) poświęconą naszemu miastu. 487 prac uporządkowano według pewnego klucza: najpierw oglądaliśmy panoramy Lublina (poczynając od oryginału Abrahama Hogenberga z 1618 roku), potem zamek i kaplicę, bazylikę Dominikanów i Podwale, następnie wystawa prowadziła ulicami i zaułkami od Bramy Grodzkiej do Krakowskiej aż do tych dawnych przedmieść Lublina, które dzisiaj są jego dzielnicami. Było wiele prac, w tym wypożyczonych z innych placówek, pokazywanych po raz pierwszy, a wiele w ogóle nieznanych było nawet historykom Lublina.
Data 1618 pojawiająca się w tytule to rok wydania przez spółkę Jerzego Brauna i Abrahama Hogenberga szóstego tomu miedziorytów kolorowanych z widokami miast "Civitates orbis terrarum", gdzie ci odważni wydawcy i zdolni rytownicy pomieścili sławną, najstarszą ze znanych - panoramę Lublina.
Panderecki jak w Jerozolimie
2 kwietnia w Filharmonii Lubelskiej wykonano VII Symfonię "Siedem Bram Jerozolimy" Krzysztofa Pendereckiego - z udziałem kompozytora i najwybitniejszych polskich solistów oraz wielu chórów. W wywiadzie dla Gazety kompozytor powiedział: - Dwa lata temu po wykonaniu w Lublinie mojego Requiem, bardzo udanym zresztą, rozmawialiśmy z panią dyrektor Teresą Księską-Falger na temat ewentualnego przyszłego koncertu i ja wówczas powiedziałem tak ad hoc, że chciałbym tu zrobić "Siedem bram". Każde wykonanie tego dzieła jest dużym wyzwaniem dla filharmonii, bo w żadnej nie ma tylu muzyków, nie ma tak dużego chóru. Cieszę się, że doszło do tego wykonania i że mogłem publiczności lubelskiej przedstawić jeden z moich najważniejszych utworów.
Symfonia powstała w 1996 r. z okazji jubileuszu trzeciego tysiąclecia istnienia Jerozolimy, świętego miasta wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Koncert był wielkim świętem muzyki, jednocześnie wpisywał się w równie wielki kontekst: rocznicę śmierci Jana Pawła II.
Koncert był też symbolicznym znakiem zmiany rządów w Filharmonii; był to ostatni koncert za czasów Teresy Księskiej-Falger jako dyrektor artystycznej tej instytucji.
Julia Hartwig lublinianką
Było to starania długotrwałe. Nieprzypadkowe, bo rodzina Hartwigów wpisała się złotymi zgłoskami w historię Lublina. Przed ponad pięciu laty, dokładnie 5 listopada 2004 roku, z inicjatywy Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN, przejście między ulicą Kowalską a placem Rybnym (sławne schodki uwiecznione na fotografii Edwarda Hartwiga) otrzymało oficjalną nazwę Zaułka Hartwigów. W maju 2006 roku Julia Hartwig przygotowała zbiór swych wierszy lubelskich, książkę o tytule "Zaułek Hartwigów". Poetka znowu przyjechała do Lublina, przygotowano dla niej bardzo sentymentalny spacer śladami... jej rodziny oraz trasą, którą można by nazwać czechowiczowską.
15 października 2009 roku rada miasta podjęła stosowną uchwałę. Wraz z Julią Hartwig tytuł honorowego obywatela Lublina otrzymali też kompozytor Andrzej Nikodemowicz i lekarka Wanda Półtawska. Uroczystość nadania tytułu odbyła się 27 października. Ośrodek w Bramie Grodzkiej uhonorował damę polskiej poezji nagrodą "Kamienia".
Julia Hartwig jest jedną z najbardziej uznanych współczesnych polskich poetek, pisarką, eseistką, tłumaczką. Urodziła się w 1921 roku w Lublinie, tutaj ukończyła szkołę podstawową i średnią, w 1939 roku zdała egzamin maturalny. W Katolickim Uniwersytecie Lubelskim rozpoczęła studia. Potem przeniosła się do Warszawy.
Urny, czyli jak pamiętać początek wolności
Sztuka w służbie społecznie ważnych idei nic nie traci ze swej wartości konceptualnej i artystycznej, jest poszukiwaniem formy dla treści ponadindywidualnych. 4 czerwca świętowaliśmy 20 rocznicę wolności, czyli pamiętnych wyborów 4 czerwca 1989 roku, które otworzyły polską drogę do przemian. Tomasz Pietrasiewicz, dyrektor Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN" zaprojektował instalację, która okazała się najciekawszym sposobem uczczenia tej daty. Na placu Litewskim ustawił 170 pudeł symbolizujących urny wyborcze, miały napis: "Made in Poland", "Uwaga delikatne - Duch Wolności" i "Wybory 4 czerwca 1989". To symboliczne działanie w przestrzeni miasta miały przypomnieć, że przemiany po wyborach są dziełem tych wszystkich, którzy 4 czerwca 1989 roku poszli głosować - wyjaśniał autor pomysłu.
Część urn... wysłano. Cztery z nich zostały zaadresowane do miast, w których jesienią 1989 r. nastąpiły dramatyczne przesilenia związane z upadkiem komunizmu (Pragi, Berlina, Budapesztu i Bukaresztu). Jedna przesyłka została wysłana do Brukseli na adres Komisji Europejskiej. Jedna zaś - zaadresowana do Chin w związku z krwawym stłumieniem demonstracji 4 czerwca 1989 r. na placu Tiananmen w Pekinie. Ostatnia przesyłka trafiła do Mińska na Białoruś. Na każdej z tych niezwykłych przesyłek znalazł się napis: "Uwaga delikatne - Duch Wolności".
Ten niezwykły Nigel
Nigel Kennedy, uczeń Yehudi Menuhina, jest artystą bardzo popularnym i bardzo drogim, dlatego kilka agencji z obawą przymierzało się do organizacji w Lublinie koncertu tego światowej sławy skrzypka. W Polsce Kennedy stał się dodatkowo popularny od czasu, kiedy wydał w 2003 r. płytę "East Meets East" z fenomenalną krakowską grupą Kroke; zresztą Kraków uwiódł muzyka i w tym mieście bywa on bardzo często. I oto w 2009 roku słyszeliśmy Nigela Kennedy'ego w Lublinie aż dwa razy, przy pełnych i wiwatujących salach. 14 marca kwintet Anglika z udziałem Jarosława Śmietany zagrał program poświęcony Jimiemu Hendriksowi (1942-1970), a 1 i 2 grudnia - koncerty z Kroke. Był też bonus: występ w Areszcie Śledczym!
Traktuję te koncerty wielkiego skrzypka jako znak przełamania pewnej bariery, tak finansowej jak i organizacyjnej. Bo te i wiele innych koncertów to sukces Kawiarni Artystycznej Hades i osobiście - Elżbiety Cwaliny i Krzysztofa Bielewicza. Nie bali się tego, co innych przerażało. Zresztą, chciałoby się, aby takich listopadów jak ten w 2009 roku było jak najwięcej; grali wtedy Adam Makowicz, Grażyna Auguścik, Włodek Pawlik, Leszek Możdżer, Tomasz Stańko.
I gdyby było tu więcej miejsca...
To napisałbym chociaż po kilka zdań o takich ważnych wydarzeniach, które tworzyły barwną tkankę kulturalnego roku 2009, jak: wystawy lubelskiej Zachęty poświęcone fotografii, przygotowane przez studentów Pythonalia, wystawa "W hołdzie Hartwigowi" zorganizowana przez Krzysztofa Kuzko, nagroda Triennale Grafiki w Krakowie dla Tadeusza Mysłowskiego, książki z cyklu Scriptores poświęcone Józefowi Czechowiczowi i Władysławowi Panasowi, "Straszny dwór" Teatru Muzycznego wystawiony na placu Litewskim, premiera "Pszczółki Mai" w Teatrze Hansa Christiana Andersena, OPT Gardzienice w Norwegii, wystawy poświęcone Brunonowi Schulzowi, w tym ta Leszka Mądzika, niebywała aktywność klubu Tektura, konkurs na upamiętnienie pomnikowej lubelskiego Umszlagplatzu, festiwal "Inne Brzmienia", tłumy na wykładach prof. Wodzińskiego, kolejne edycje Konfrontacji Teatralnych i Sąsiadów, 10 lecie Galerii Wirydarz i wiele, wiele innych, jak choćby - nagrody za Jarmark Jagielloński i euforie Nocy Kultury.
O obawach przed powrotem budżetowej mizerii, o powrocie czasów cięć wydatków na kulturę, lepiej tu nie wspominać. Lepiej trzymajmy kciuki, że do 30 sierpnia napiszemy aplikację konkursową Europejskiej Stolicy Kultury 2016.
Najnowsze wiadomości
-
Prezydent Żuk: W Lublinie nie ma miejsca na antysemityzm
-
Dziś w Lublinie przytulali za darmo. Tak spontanicznie
-
Gwałciciel nie może zbliżać się do 12-letniej ofiary
-
Wyłożyli pieniądze i chcą inwestować na PKS-ie
-
Lublin dostał 400 mln na najdroższą drogę w historii
-
"Jeszcze Polska..." Warka nagrywała w Lublinie hymn ZOBACZ
-
Warszawiacy na weekend wybierają nasze Roztocze. A my?
-
To pewne. "Koko Koko Euro Spoko" zabrzmi w Brukseli
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Obwodnica Lublina. Dlaczego wywłaszczeni ...
- Gdzie urządzić przyjęcie komunijne w ...
- Wisła magnesem na turystów? Ogromne ...
- Mega rachunki z Orange za telefony widmo. ...
- Jak pić to na salonie miasta. Na deptaku, ...
- Sukces policji? Poczekali, aż wyjdą, po ...
- Lublin z lotu ptaka. Niesamowite zdjęcia ...




więcej zdjęć