Krzysztof Babicki o swojej adaptacji Bruno Schulza
2009-11-08
, aktualizacja: 08.11.2009 16:24
Każdy ma swoją wizję Schulza. Lecz Lublin ma szczególne, emocjonalne i metafizyczne "prawo do Schulza". O "Nocy wielkiego sezonu" według prozy Brunona Schulza opowiada reżyser Krzysztof Babicki. Premiera 14 listopada, niemal dokładnie w 67. rocznicę śmierci pisarza z Drohobycza.
Rozmowa z Krzysztofem Babickim
GRZEGORZ JÓZEFCZUK: Czy to prawda, że do adaptacji prozy Brunona Schulza przymierzał się Pan od dawna?
KRZYSZTOF BABICKI: - Studiowałem w latach 70. polonistykę i wtedy ukazało się to magiczne, w małym nakładzie wydanie w czerwonej okładce "Sanatorium pod klepsydrą" i "Sklepów cynamonowych". Książka była w tamtych latach wielkim wydarzeniem. I myśmy sobie z kolegami przekazywali te książkę z rąk do rąk do czytania. Od tamtego czasu zaczęły się pojawiać tematy schulzowskie, które we mnie wsiąkały przez wiele lat. Ale pierwsza moja poważna rozmowa o Schulzu odbyła się dopiero w Lublinie. Przyjeżdżając do Lublina, budując repertuar i zespół teatru Osterwy, nie sposób było nie czytać tego, o czym się tutaj dyskutowało i pisało - o Józefie Czechowiczu i właśnie o Brunonie Schulzu. Przeczytałem wtedy książki profesora Władysława Panasa. W 2001 roku, podczas pierwszego sezonu, spotkałem się z prof. Małgorzatą Kitowską-Łysiak, i ona zapytała mnie o możliwość adaptacji prozy Schulza. Odpowiedziałem, że w tej - czyli ówczesnej - naszej repertuarowej sytuacji i niskiej frekwencji nie zaryzykuję wystawienia Schulza. Trzeba było kilku lat, żeby ten teatr znalazł się w innym miejscu niż był wtedy. Teraz, skoro mamy komplety na przykład na "Widnokręgu" Wiesława Myśliwskiego i na sztuce "Rock'n'roll" Toma Stopparda - to możemy sobie na Schulza pozwolić. Lublin jest miastem, które ma największe emocjonalne i metafizyczne prawo do Schulza. Mówię to mając na myśli wielokulturowość Lublina oraz właśnie ludzi, począwszy od modelki Schulza, która do niedawna tutaj jeszcze żyła, po prof. Władysława Panasa, który jest wielkością osobną, jak i innych schulzologów.
Tytuł "Noc wielkie sezonu" sugeruje, że scenariusz powstał w oparciu o to właśnie opowiadanie.
- Nie nazywam tego scenariuszem. Scenariusz może być w kinie. W teatrze powinno być coś, co będzie klamrą. Za taką klamrę wybrałem opowiadanie "Noc wielkiego sezonu", które może, tak myślę, jak puszka Pandory pomieścić te wszystkie niesamowite postacie i demony z wyobraźni czy rzeczywistości Schulza - i w końcu je wypuścić. Co to jest noc wielkiego sezonu? - to było moje pierwsze pytanie. Noc zawsze nastaje po dniu. Wielki sezon musi mieć koniec. Każde rozbuchanie ma swój moment spopielenia. A sezon? Co to jest? To sezon życia, sezon wszystkich fantazji ojca, obsesji Józefa, ekstremalnych zachowań erotycznych, prowokacji metafizycznych, obecności ludzi z pogranicza świata realnego i poetyckiego czy metafizycznego. Uznałem, że w tym opowiadaniu mogą w trakcie spektaklu pojawić się postacie ze wszystkich opowiadań Schulza. I tak powstawała adaptacja.
Nic Pan nie dopisał?
- W adaptacji nie pada ani jedno słowo dopisane przez reżysera. Jestem w konsekwentnej opozycji do niektórych młodych reżyserów, którzy uważają, że można "wszystko" dopisać. Nie znoszę tego. Zgadzam się z Konradem Swinarskim: jeżeli reżyser chce coś dopisać, to niech sam napisze sztukę. Więc pomyślałem, że jeżeli to ma być prawdziwa próba zmierzenia się z Schulzem, to ma być próbą uczciwą. Dlatego to jest Schulz od początku do końca, lecz który jednak jest siłą rzeczy wyborem. Nie dotykałem w adaptacji tytułowego opowiadania "Sanatorium pod klepsydrą", bo to jest kompletnie integralna, osobna całość, a poza tym wciąż jestem pod wpływem filmu Wojciecha Hassa. Natomiast z opowiadania "Wiosna" wziąłem tylko jeden podstawowy dialog, który się powtarza co jakiś czas jak refren, kiedy medium, autor, Józef mówi, że nie odpowiada za swoje sny. Na co słyszy: "Owszem, odpowiada pan". Zgodnie ze swoim odczuciem i intuicją obdzieliłem różne postacie schulzowskiego świata narracją, która u Brunona Schulza jak u Franza Kafki czy Tomasza Manna jest genialna.
A rysunki Schulza? Nie determinowały wyobraźni reżysera i aktorów w pracy nad spektaklem?
- Próbujemy bardzo mocno oderwać spektakl od wytrychu, jakim są dla reżysera zawsze rysunki Schulza. Wyjście od rysunków pomija to, co niosą postacie, dialogi. Przez pierwsze tygodnie pracy, w czerwcu i lipcu zajmowaliśmy się językiem, żeby zacząć tym tekstem mówić. Wydobycie melodii tekstu, jego barwy, generalnie - mówienie tym tekstem sprawiło ogromną trudność aktorom i reżyserowi. Na ostatnim etapie prób wydawało mi się nawet, że aktorzy zaczynają przeskakiwać składnię Schulza. Zaczynają tymi zdaniami rozmawiać i nagle ich wyobraźnia staje się tak rozkołysana przez tekst Schulza, że zapominają słów. Bowiem rozhuśtana wyobraźnia poruszała się szybciej niż słowa, którymi trzeba było to skomentować - i wówczas potrzebny okazywał się sufler. Było to piekielne doświadczenie dla aktorów i dla reżysera oraz jego współpracowników. Tak, te próby stawały się jakby wampirem energetycznym i trudno było po nich złapać równowagę, powrócić w realny świat.
Znalazł Pan formułę na Schulza, odkrył istotę jego wizji świata?
- Jest to taka literatura, że reżyser, który by sobie uzurpował prawo do stwierdzenia, że to jest wizja Schulza, będzie idiotą. Każdy ma swoją wizję Schulza. Widzowie, którzy przyjdą na spektakl, będą mieli możliwość skonfrontowania swojego widzenia Schulza z tym, co my przedstawimy, z naszą podróżą w ten schulzowski świat.
* Krzysztof Babicki - reżyser, dyrektor artystyczny Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, autor adaptacji i reżyser "Nocy wielkiego sezonu" wg Brunona Schulza (premiera 14 listopada 2009).
GRZEGORZ JÓZEFCZUK: Czy to prawda, że do adaptacji prozy Brunona Schulza przymierzał się Pan od dawna?
KRZYSZTOF BABICKI: - Studiowałem w latach 70. polonistykę i wtedy ukazało się to magiczne, w małym nakładzie wydanie w czerwonej okładce "Sanatorium pod klepsydrą" i "Sklepów cynamonowych". Książka była w tamtych latach wielkim wydarzeniem. I myśmy sobie z kolegami przekazywali te książkę z rąk do rąk do czytania. Od tamtego czasu zaczęły się pojawiać tematy schulzowskie, które we mnie wsiąkały przez wiele lat. Ale pierwsza moja poważna rozmowa o Schulzu odbyła się dopiero w Lublinie. Przyjeżdżając do Lublina, budując repertuar i zespół teatru Osterwy, nie sposób było nie czytać tego, o czym się tutaj dyskutowało i pisało - o Józefie Czechowiczu i właśnie o Brunonie Schulzu. Przeczytałem wtedy książki profesora Władysława Panasa. W 2001 roku, podczas pierwszego sezonu, spotkałem się z prof. Małgorzatą Kitowską-Łysiak, i ona zapytała mnie o możliwość adaptacji prozy Schulza. Odpowiedziałem, że w tej - czyli ówczesnej - naszej repertuarowej sytuacji i niskiej frekwencji nie zaryzykuję wystawienia Schulza. Trzeba było kilku lat, żeby ten teatr znalazł się w innym miejscu niż był wtedy. Teraz, skoro mamy komplety na przykład na "Widnokręgu" Wiesława Myśliwskiego i na sztuce "Rock'n'roll" Toma Stopparda - to możemy sobie na Schulza pozwolić. Lublin jest miastem, które ma największe emocjonalne i metafizyczne prawo do Schulza. Mówię to mając na myśli wielokulturowość Lublina oraz właśnie ludzi, począwszy od modelki Schulza, która do niedawna tutaj jeszcze żyła, po prof. Władysława Panasa, który jest wielkością osobną, jak i innych schulzologów.
Tytuł "Noc wielkie sezonu" sugeruje, że scenariusz powstał w oparciu o to właśnie opowiadanie.
- Nie nazywam tego scenariuszem. Scenariusz może być w kinie. W teatrze powinno być coś, co będzie klamrą. Za taką klamrę wybrałem opowiadanie "Noc wielkiego sezonu", które może, tak myślę, jak puszka Pandory pomieścić te wszystkie niesamowite postacie i demony z wyobraźni czy rzeczywistości Schulza - i w końcu je wypuścić. Co to jest noc wielkiego sezonu? - to było moje pierwsze pytanie. Noc zawsze nastaje po dniu. Wielki sezon musi mieć koniec. Każde rozbuchanie ma swój moment spopielenia. A sezon? Co to jest? To sezon życia, sezon wszystkich fantazji ojca, obsesji Józefa, ekstremalnych zachowań erotycznych, prowokacji metafizycznych, obecności ludzi z pogranicza świata realnego i poetyckiego czy metafizycznego. Uznałem, że w tym opowiadaniu mogą w trakcie spektaklu pojawić się postacie ze wszystkich opowiadań Schulza. I tak powstawała adaptacja.
Nic Pan nie dopisał?
- W adaptacji nie pada ani jedno słowo dopisane przez reżysera. Jestem w konsekwentnej opozycji do niektórych młodych reżyserów, którzy uważają, że można "wszystko" dopisać. Nie znoszę tego. Zgadzam się z Konradem Swinarskim: jeżeli reżyser chce coś dopisać, to niech sam napisze sztukę. Więc pomyślałem, że jeżeli to ma być prawdziwa próba zmierzenia się z Schulzem, to ma być próbą uczciwą. Dlatego to jest Schulz od początku do końca, lecz który jednak jest siłą rzeczy wyborem. Nie dotykałem w adaptacji tytułowego opowiadania "Sanatorium pod klepsydrą", bo to jest kompletnie integralna, osobna całość, a poza tym wciąż jestem pod wpływem filmu Wojciecha Hassa. Natomiast z opowiadania "Wiosna" wziąłem tylko jeden podstawowy dialog, który się powtarza co jakiś czas jak refren, kiedy medium, autor, Józef mówi, że nie odpowiada za swoje sny. Na co słyszy: "Owszem, odpowiada pan". Zgodnie ze swoim odczuciem i intuicją obdzieliłem różne postacie schulzowskiego świata narracją, która u Brunona Schulza jak u Franza Kafki czy Tomasza Manna jest genialna.
A rysunki Schulza? Nie determinowały wyobraźni reżysera i aktorów w pracy nad spektaklem?
- Próbujemy bardzo mocno oderwać spektakl od wytrychu, jakim są dla reżysera zawsze rysunki Schulza. Wyjście od rysunków pomija to, co niosą postacie, dialogi. Przez pierwsze tygodnie pracy, w czerwcu i lipcu zajmowaliśmy się językiem, żeby zacząć tym tekstem mówić. Wydobycie melodii tekstu, jego barwy, generalnie - mówienie tym tekstem sprawiło ogromną trudność aktorom i reżyserowi. Na ostatnim etapie prób wydawało mi się nawet, że aktorzy zaczynają przeskakiwać składnię Schulza. Zaczynają tymi zdaniami rozmawiać i nagle ich wyobraźnia staje się tak rozkołysana przez tekst Schulza, że zapominają słów. Bowiem rozhuśtana wyobraźnia poruszała się szybciej niż słowa, którymi trzeba było to skomentować - i wówczas potrzebny okazywał się sufler. Było to piekielne doświadczenie dla aktorów i dla reżysera oraz jego współpracowników. Tak, te próby stawały się jakby wampirem energetycznym i trudno było po nich złapać równowagę, powrócić w realny świat.
Znalazł Pan formułę na Schulza, odkrył istotę jego wizji świata?
- Jest to taka literatura, że reżyser, który by sobie uzurpował prawo do stwierdzenia, że to jest wizja Schulza, będzie idiotą. Każdy ma swoją wizję Schulza. Widzowie, którzy przyjdą na spektakl, będą mieli możliwość skonfrontowania swojego widzenia Schulza z tym, co my przedstawimy, z naszą podróżą w ten schulzowski świat.
* Krzysztof Babicki - reżyser, dyrektor artystyczny Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, autor adaptacji i reżyser "Nocy wielkiego sezonu" wg Brunona Schulza (premiera 14 listopada 2009).
Najnowsze wiadomości
-
UP, UMCS. Tam biblioteki otwierają się na czytelnika
-
Sypie się wojsko trzech narodów w Lublinie
-
Przypilnujemy remontu Ogrodu Saskiego. Obiecujemy!
-
Teatr Osterwy. Muzyka, wampiry i rys okrucieństwa
-
Jak wygląda życie na onkologii? To nie tylko smutek
-
Dyrektor Stani: Zapłaciłem za imprezę w Czarnej Owcy
-
Budowa Felicity ruszy z miejsca? Wiele na to wskazuje
-
Firma i dyrektor razem na imprezie. Wkroczy prokurator?
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Dwa oblicza mistrzów parkowania. Dobre i ...
- Co Lublin zbudował i zbuduje za kasę z UE ...
- Firma i dyrektor razem na imprezie. ...
- Narzeczona Rutkowskiego chciała wyskoczyć ...
- Ważni ludzie się bawią. Gala Ambasadorów ...
- Budowa Felicity ruszy z miejsca? Wiele na ...
- Ranking uczelni wg. internetu. W Lublinie ...




więcej zdjęć