Socjolog: Bo Lublin to wieś

Rozmawiał Paweł P. Reszka
2009-10-21 , aktualizacja: 21.10.2009 18:09
A A A Drukuj
- Wśród lubelskich studentów widać bierność mieszkańców wsi. Gdy pytam na zajęciach: "czym chcecie się zająć?", często następuje cisza... - mówi socjolog z UMCS
Prof. Ryszard Radzik
fot. Rafal Michalowski / AGENCJA GAZETA
Prof. Ryszard Radzik
W badaniach, które zleciła "Gazeta", lubelscy studenci nie są w stanie powiedzieć, co można zmienić, aby w naszym mieście lepiej się studiowało. Uczą się w Lublinie - w znacznym procencie - bo tu (lub w województwie) mieszkają ich rodziny. Choć wiedzą, że nie znajdą tu pracy, ta perspektywa ich nie przeraża. Na razie - to również wynik naszych badań - wszystko im się podoba. Lubelscy studenci są bierni. Czy wpływ na to ma klimat miasta? Pytamy socjologa.

Paweł P. Reszka: Dlaczego w Lublinie się nic nie chce?

Prof. Ryszard Radzik*: Studiowałem w Lublinie i Warszawie w latach 70. Już wtedy widoczna była ogromna różnica między jednym a drugim środowiskiem akademickim. W stolicy studenci byli aktywni, czytali dużo książek, w Lublinie zaś pasje czytelnicze ujawniały się znacznie rzadziej lub w mniejszym stopniu. Czas spędzało się bardziej na rozrywkach. Ale też studiując w Lublinie miałem kolegów, którzy przyjechali na studia ze wsi, a w akademikach mieli małe biblioteczki. Dziś o to znacznie trudniej. Bo wówczas ze wsi do miast przychodzili tylko najlepsi, liderzy.

"Ręce mi opadają, kiedy dosyć liczne grono kpi z faktu aktywowania karty bibliotecznej" - pisze jedna ze studentek na naszym forum. Czy możemy mówić o specyficznym klimacie miasta? Z czego wynikają różnice pomiędzy ośrodkami akademickimi, o których pan mówi?

- Jedną z przyczyn jest to, że zdecydowana większość mieszkańców Lublina pochodzi w pierwszym lub w drugim pokoleniu ze wsi. A wieś to środowisko konserwatywne, zamknięte, mniej nastawione na ryzyko, mniej chłonne zróżnicowanej wiedzy jako wartości samej w sobie, po prostu bierne. Przed wojną Lublin miał 99 tys. mieszkańców, z czego 42 tys. stanowili Żydzi. Podkreślam - mieszkańców - co nie oznacza mieszczan. Bo np. Wieniawa, ze swoimi domkami, w znacznym stopniu była wsią. Po wojnie nastąpił gwałtowny napływ ludność do miasta, oczywiście głównie ze wsi. Pamiętam do dziś autentyczną anegdotę z lat 50. o tym, jak do bloków na LSM jedna z rodzin przywiozła konia. Wprowadzili zwierzę do mieszkania, problem pojawił się, gdy trzeba je było wyprowadzić. Koń nie chciał zejść po schodach...

A jakie były konsekwencje społeczne tego zjawiska?

- Nastąpiła ruralizacja miasta, a więc nowi mieszkańcy przynieśli ze sobą swoje nawyki czy styl życia ze wsi. Z tej perspektywy Lublin jest stosunkowo nowym miastem. I nim mentalnościowo zbliżymy się np. do Warszawy, musi minąć kilka pokoleń. Tę bierność mieszkańców wsi widać więc wśród lubelskich studentów. Gdy pytam na zajęciach: "czym chcecie się zająć?", często następuje cisza. Studenci chcą wolności, ale limitowanej - to znaczy gdy da im się do wyboru kilka tematów. Co więcej, ta bierność jest widoczna coraz bardziej, choć i tak - nawiasem mówiąc - nieporównanie lepiej jest na studiach dziennych niż zaocznych.

Wróćmy do forum "Gazety". Dość często spotykam tam argument typu "w Lublinie to tylko potrafią narzekać". Więc czy skłonność do narzekania jest charakterystyczna dla Lublina?

- Teoretycznie lublinianie powinni bardziej narzekać, ale badań na ten temat nie znam.

Ale w ogóle Polacy narzekają. Dlaczego? Na ogół narzeka ten, z którego zrobiono niewolnika, czuje się uprzedmiotowiony. W przeszłości narzekali chłopi, czyli większość społeczeństwa (szlachta nawiasem mówiąc też, bo w większości była biedna). Nie narzekali zaś mieszczanie, bo to ludzie czynu. Ale mieszczan - w skali kraju - mieliśmy tyle co nic.

Powiedział pan, że bierność u lubelskich studentów widoczna jest coraz bardziej. Z czego to wynika?

- Po prostu znaczna część kandydatów z domów, gdzie do edukacji dzieci przykłada się dużą wagę - czyli zwyczajowo, ze środowisk inteligencko-mieszczańskich - wyjeżdża z Lublina na studia do innych miast - Warszawy czy Krakowa. Kiedyś to zjawisko było dużo mniej widoczne niż dziś. Więc kiedy wyjeżdżają potencjalni liderzy, zostaje zbyt mało studentów aktywnych, by zdominować środowisko. Ponadto dziś na studia idzie też młodzież, która kiedyś skończyłaby co najwyżej zawodówkę. Dlatego, że kiedyś wyższe wykształcenie nie dawało pieniędzy. W ogóle dziś nauka dla zdecydowanej większości studentów nie jest wartością samą w sobie, tylko ma prowadzić do jakiegoś celu. Współczesna klasa średnia nie jest nastawiona na świat ideałów, ale na świat materii. Nie jest zainteresowana kulturą, ale tym, ile będzie później zarabiać. To nie jest tylko problem Lublina, ale całej Polski.

Jeszcze lubelska studentka o swoich kolegach i koleżankach z roku: "nie potrafią napisać poprawnego gramatycznie podania i na propozycję jakiegokolwiek zadania domowego ryczą: Nieeeeeeeeeee! Mnie się też odechciewa w takiej atmosferze". Czy biernością można się zarazić?

- Oczywiście, że tak. Albo podporządkowujemy się grupie, albo zostajemy jej liderem.



* Prof. Ryszard Radzik, Zakład Makrostruktur Społecznych, Instytut Socjologii UMCS



Nowe mieszczaństwo

Dr Paweł Kubicki z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego o silnym, otwartym na świat mieszczaństwie które właśnie powstaje w Polsce ("Gazeta Wyborcza", 22.09.2009):

- To pokolenie 30-, 40-latków, dla których styl życia, który oferują im wielkie miasta, staje się podstawą do tworzenia własnej tożsamości. Identyfikacja z Warszawą, Krakowem czy Wrocławiem jest dla nich często silniejsza niż z państwem czy narodem. Cenią takie wartości jak: otwartość, wielokulturowość, postawy proekologiczne itp. Często angażują się w organizacje pozarządowe działające na rzecz ich miasta czy dzielnicy.

- Choć nowi mieszczanie są w dużej mierze potomkami wiejskich przodków, nie zajmują się odkrywaniem ich korzeni, interesują się natomiast przeszłością swoich miast. Na przykład Gdańsk i Wrocław pozytywnie wartościują swoje niemieckie dziedzictwo, w Krakowie najmodniejszą dzielnicą stał się żydowski Kazimierz. To pokazuje, jak głębokie zmiany zachodzą w polskich miastach. W Krakowie jedną z najpopularniejszych imprez jest Festiwal Kultury Żydowskiej, we Wrocławiu - np. Festiwal Kultury Mniejszości Niemieckiej.

- Największe polskie miasta działają dziś jak pompy ssące i wyciągają z prowincji najzdolniejszych i najbardziej dynamicznych ludzi. Dzięki wyborom bezpośrednim prezydentów zyskały silnych liderów - wystarczy wspomnieć 85-procentowe poparcie w pierwszej turze dla prezydenta Rafała Dutkiewicza z Wrocławia. Dzięki dostępowi do środków unijnych miasta przestają być też zależne od rządu.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 103 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

  • Socjolog: Bo Lublin to wieś katarzyna_dabrowska 22.10.09, 14:20

    Najglosniej narzekaja - nie wiedziec czemu - dziennikarze lubelskiej "Gazety". A ten, kto wymyslil ten tytul jest wiekszym wiesniakiem, niz mieszkancy najbardziej zapadlej dziury w Polsce »

  • Socjolog: Bo Lublin to wieś weremo 22.10.09, 23:57

    Odczepcie sie od wieśniaków. Jestem wiesniakiem od urodzenia, prowadzę na wsi firmę i za żadne skarby nie przeprowadziłbym się do takiej nory jak te potworki komunikacyjne Warszawa czy »

  • Socjolog: Bo Lublin to wieś sable17 23.10.09, 09:25

    słowo sprostowanie - pierwsze osiedle w dzielnicy LSM powstało w 1964 roku,wiec w latach 50-tych nikt nie mógł się tam sprowadzić do bloku - z koniem,czy bez...Takie same anegdoty opowiadano»

Polub nas na Facebooku