"Dwa Brzegi". Jerzy Stuhr: największą tremę miałem w Lublinie

dan
05.08.2009 , aktualizacja: 05.08.2009 17:14
A A A Drukuj
Śmieszy mnie jak reżyserzy mówią "A teraz to zrobię komedię". Chciałbym zapytać "A umiesz?" Do komedii trzeba się urodzić, mieć taki ogląd świata - mówi Jerzy Stuhr, który widzom kazimierskiego festiwalu Dwa Brzegi opowiadał o aktorstwie i reżyserii, ale przede wszystkim o odwadze w sztuce

Jerzy Stuhr
Fot. Michał Grocholski / AG
Jerzy Stuhr
- Dlaczego jedni opowiadają dowcipy tak, że wszyscy się śmieją, a inni mówią tak, że przechodzi niezauważone? Bo ten, kto dobrze opowiada, zachowuje rytm. Komedia wymaga rytmu. Kiedy kręciliśmy "Seksmisję" chodziłem wieczorami do montażowni i pani Mirosławy Garlickiej odgrywałem jeszcze raz sceny, które robiliśmy na planie. Chciałem, żeby wiedziała, w jakim to było rytmie - wspominał Jerzy Stuhr.

O tym, że on sam doskonale wie, na czym polega rytm komediowego opowiadania świadczyły wybuchy śmiechu na widowni podsumowujące każdą anegdotkę i puentę. W nich zamykał Stuhr swoje przemyślenia na temat aktorstwa, pisania scenariuszy i reżyserowania.

- Pamiętam jedną z największych trem przeżyłem w Lublinie przed spektaklem "Kontrabasista". Grałem w Filharmonii Lubelskiej. Siedzę w garderobie, wejdę w ostatniej chwili, żeby mnie publiczność nie rozpraszała. A tu około 18 zaczyna zapełniać się parking, trzaskają drzwi, ludzie się śmieją. Ogarnęła mnie panika: czy ja sprostam ich oczekiwaniom? Nie wiem, jak przeżyłem pierwsze pół godziny spektaklu, potem jakoś poszło. Zawsze wybieram sobie jakieś trzy ładne panie na widowni i do nich mówię - opowiadał Jerzy Stuhr i przestrzegał: - Nie wolno poddawać się tremie. Utrata odwagi to największy grzech artysty.

Jeszcze większą odwagąa musiał się wykazać reżyserując "Historie miłosne". Najpierw napisał scenariusz: - Wybebeszyłem się w nim, to było takie moje i ktoś mi dał do przeczytania recenzje. Było w nich, że scenariusz dobry, ale "pan Stuhr nie może grać kochanka!". No bo Linda tak, ale Stuhr? Zabolało strasznie i gdybym wtedy stracił odwagę, to bym spanikował, ale zezłościłem się i ta złość przeważyła - mówił.

Odwaga to tylko część sukcesu: - Ja mam przemożną chęć powiedzenia czegoś ludziom i to jest najważniejsze, ale reżyser musi umieć też najpierw opowiedzieć swój film ludziom, z którymi będzie go robił. Bo chodzi o to, żeby oni zrobili Twój film. Operator to tylko zaciera ręce jak widzi impotencję reżysera - dodawał Stuhr.

Ale od zdecydowania, odwagi i asertywności czasem ważniejszy okazuje się przypadek. I jemu też poświęcił Jerzy Stuhr część swojej opowieści. Widzowie usłyszeli więc, jak miał wielki problem z zakończeniem "Dużego zwierzęcia". Tekst był suchy, trzeba było coś wymyślić. Stuhr uznał, ze najlepszym zakończeniem będzie scena, w której wielbłądy pochylają się nad bohaterami (grali ich Stuhr i Anna Dymna). Sztuki z nakłonieniem wielbłądów do czułości wobec bohaterów nie bardzo się udawały, a czas gonił. - Powiedziałem "malujemy się i stajemy" - opowiada Stuhr . Po jakimś czasie wielbłądy podeszły, jeden zaczął lizać twarz Anny Dymnej. Reżyser wspominał: - Wydusiłem do niej "tylko się k nie ruszaj".

Po chwili i drugi wielbłąd zaczął oblizywać bohatera. Scena została nagrana.

- Wtedy podszedł charakteryzator i mówi: - Do słodkiego szły. Podkład jest słodki!

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 3 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Polub nas na Facebooku