http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Lublin >  Teksty z ostatnich 14 dni

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj RSS Lublin - Gazeta.pl

Błagali o pomoc, a policja nie przyjeżdżała

Jacek Brzuszkiewicz
2007-01-23, ostatnia aktualizacja 2007-01-23 00:00

Horror w środku nocy. Wyłamali drzwi mieszkania, potem grożąc śmiercią, pobili właścicieli. Zdesperowani ludzie prosili o pomoc policję. - Radiowóz przyjechał dopiero po godzinie, kiedy pijani bandyci już sobie poszli - opowiadają.


Fot. Rafal Michalowski / AG
Stanisława i Stefan T. mieszkają na parterze bloku przy ul. Samsonowicza na osiedlu Nałkowskich. W nocy z soboty na niedzielę ok. godz. 1.40 wyrwał ich ze snu głośny łomot do drzwi.

- Mąż spostrzegł przez wizjer kilku pijanych mężczyzn. Mieli po 20-25 lat, żadnego z nich nie znaliśmy. Intruzi mieli w rękach butelki po piwie, krzyczeli i przeklinali, kopiąc w drzwi. Nie wiedzieliśmy, o co im chodzi. Domagali się, byśmy ich wpuścili do środka. Potem zaczęli rzucać butelkami: zamek wytrzymał, ale drzwi wypadły z zawiasów. Kiedy mąż starał się wypchnąć napastników na klatkę schodową, otrzymał kilka razów butelką w głowę - opowiada Stanisława T., pracownik jednego z lubelskich gimnazjów.

Kiedy jej mąż walczył z napastnikami, Stanisława T. dzwoniła po pomoc na policję. Po wykręceniu numeru alarmowego 112 połączono ją z komendą miejską, a dopiero potem z dyżurnym III Komisariatu przy ul. Kunickiego. Policjant oświadczył, że radiowóz już jedzie. Tymczasem przy Samsonowicza rozgrywał się dramat.

- Po otrzymaniu ciosu mąż zalał się krwią. Wtedy napastnicy wyszli przed blok i zaczęli nam grozić śmiercią. "Zaj... was!" - krzyczeli. Tej nocy jeszcze dwa razy dzwoniłam na policję, jednak radiowóz nie przyjeżdżał. Po 15-20 minutach bandyci wyzywając nas i grożąc, że powybijają okna, niezatrzymywani przez nikogo poszli sobie w głąb osiedla - ciągnie Stanisława T.

Według jej relacji policja przyjechała na Samsonowicza dopiero kilka minut przed trzecią nad ranem, ponad godzinę od pierwszego zgłoszenia. Dopiero wtedy Czesław T. mógł trafić na pogotowie, gdzie założono mu na twarz cztery szwy.

Tomasz Jachowicz z biura komunikacji społecznej komendy miejskiej wczoraj przed południem tłumaczył, że późny przyjazd radiowozu był związany z tym, że wspomnianej nocy Stanisława i Stefan T. kilka minut po północy już dzwonili z interwencją na policję, informując o zakłóceniu porządku na klatce schodowej. - Po przyjeździe radiowozu funkcjonariusze chcieli wejść do ich mieszkania, ale nie zostali wpuszczeni do środka. Kolejna interwencja w tej klatce była opóźniona, gdyż policjanci z III komisariatu mieli w tym czasie siedem innych zgłoszeń - tłumaczył Jachowicz.

Stanisława T.: - To kłamstwo. Na policję dzwoniłam, kiedy bandyci zaczęli rzucać butelkami w drzwi.

Jachowicz po południu przyznał jej rację. - Przepraszam, zostałem wprowadzony w błąd przez jednego z policjantów. W nocy z 20 na 21 stycznia otrzymaliśmy telefon o zakłóceniu ciszy nocnej, ale anonimowy.

W poniedziałek Stanisława T. złożyła skargę na policję. Oprócz komendy miejskiej trafiła ona do komendy głównej policji i Ministerstwa Sprawiedliwości. - Oboje z mężem płacimy podatki i domagamy się ochrony od policji. W nocy z niedzieli na poniedziałek nasze życie było zagrożone. Nie mogę pojąć, dlaczego przez ponad godzinę musieliśmy błagać o przyjazd radiowozu.

Jak poinformował nas Jachowicz, wczoraj komendant miejski rozpoczął wyjaśnianie tej sprawy. - Z informacji uzyskanych z komisariatu wynika, że radiowóz dotarł na Samsonowicza ponad pół godziny po zgłoszeniu. Sprawdzamy, dlaczego mieszkańcy bloku przy ul. Samsonowicza musieli czekać aż tak długo na interwencję policji. Wyjaśniamy, który z policjantów zawinił.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów