Człowiek z żelaza. Szczecińska eXtremalna Sobota 2011

Wiesław Pawłat
08.07.2011 , aktualizacja: 08.07.2011 17:33
A A A Drukuj
Z pewnym niepokojem wystartował Marcin Walencik w swoim pierwszym w życiu Iron Triathlonie. Wyzwanie było olbrzymie, ale obawy okazały się płonne. - Cóż udało się ukończyć - podsumował skromnie lublinianin

Start do pierwszej konkurencji - pływania. Marcin Walencik w środku (to ten z założonymi rękoma)
Start do pierwszej konkurencji - pływania. Marcin Walencik w środku (to ten z założonymi rękoma)
ZOBACZ TAKŻE
Nazwa szczecińskich zawodów - eXtremalna Sobota 2011 pasowała jak ulał nie tylko do trudów tego swego rodzaju wieloboju, ale też do warunków, w jakich przyszło rywalizować uczestnikom. Start w takiej imprezie wymaga od zawodników wręcz końskiej wytrzymałości i niezwykłej odporności psychicznej. Uczestnicy muszą przepłynąć 3,8 km, po czym wsiąść na rower i przejechać 180 km, a kończy zmagania przebiegnięcie klasycznego maratonu - czyli 42,195 km. Limit czasu na pokonanie całego dystansu wynosi 17 godzin. W Szczecinie oprócz walki z rywalami i dystansem zawodnicy musieli się zmagać z fatalną pogodą. - Warunki były bardzo niesprzyjające - mówi Marcin Walencik. - Przez cały czas padał deszcz i było przenikliwie zimno. Podczas pierwszej konkurencji, czyli pływania, temperatura powietrza wynosiła 11 st. C, a woda była o siedem cieplejsza.

Ogółem do zawodów zgłosiło się 41 zawodników i zawodniczek. Fatalna aura sprawiła, że część z nich zrezygnowała z udziału. - Po prostu odstraszyła ich pogoda - twierdzi Walencik. - Ostatecznie do wód Jeziora Głębokiego weszło 27 śmiałków. Podczas pływania zrezygnowało dwóch kolejnych, a dalej na trasie odpadło jeszcze czterech. Tak, że ostatecznie ukończyło zawody 21 osób.

Pierwszą konkurencję 33-letni lublinianin - na co dzień pracujący jako export manager w firmie Natura - pokonał w 1,5 godz., co dało mu ósmą pozycję. - Specjalnie się nie zmęczyłem - przyznaje. - W dobrej formie wsiadłem na rower, aby przejechać 180 km. Nie ukrywam, że ta konkurencja jest moją piętą achillesową. Na dodatek ten deszcz i porywisty wiatr. Po pięciu kilometrach byłem już cały mokry. Lało z góry, chlapało z dołu i tak do końca trasy. Tu spadłem aż o dziesięć pozycji, ale specjalnego kryzysu nie przechodziłem. Początkowo jechałem z prędkością 27 km na godz., a kończyłem już o cztery wolniej. Szczęście mi jednak sprzyjało, bo nie miałem żadnego defektu, nie złapałem też gumy. Powiem tylko, że jeden z zawodników aż trzy razy musiał zmieniać dętkę.

Tak więc po dwóch konkurencjach Marcin Walencik plasował się na 18. pozycji, ale przed nim była jeszcze jego najmocniejsza konkurencja - mianowicie bieg. - Po zejściu z roweru było mi bardzo ciężko - zdradza. - W przebieraniu się pomagała mi żona Agata, która wraz ze swoją siostrą i naszą córką Igą wspierała mnie na trasie. O moim stanie najlepiej świadczył fakt, że pod prysznicem nie odczuwałem, czy woda jest ciepła, czy zimna. Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiem, jaką kąpiel wziąłem.

Po kwadransie lubelski ironman ruszył na trasę maratonu. - Niestety deszcz nie dawał za wygraną, więc po 30 minutach znowu przemokłem do suchej nitki - snuje dalszą opowieść. - Potem pojawiły się problemy żołądkowe. Myślę, że był to efekt całodziennego spożywania batonów i żeli energetycznych, a także picia izotników. W pewnym momencie ból był na tyle silny, że musiałem przyjąć tabletkę przeciwbólową. Pomiędzy 25 a 30 km dopadł mnie kryzys. Miałem lekkie zawroty głowy. Zdołałem jednak je przezwyciężyć i linię mety minąłem biegiem, bo trzeba powiedzieć, że cześć trasy uczestnicy pokonują raczej marszobiegiem. Zajęło mi to pięć godzin.

Cały dystans Marcin Walencik pokonał w 13 godz. i 57 min, co dało mu 14. pozycję. Zwyciężył 37-letni Piotr Szrajner z Warszawy, który uzyskał czas 11 godz. 14 min. Było to drugie z rzędu zwycięstwo tego zawodnika w tej imprezie. - Myślę, że jak na debiutanta, to osiągnąłem całkiem przyzwoity wynik - ocenia Walencik. - Przed zawodami zadowalałby mnie czas 15 godz. Taki zresztą był mój cel. Jestem z siebie dumny i moja rodzina też. Mój organizm zniósł ten wysiłek w miarę dobrze. Szczerze mówiąc, myślałem, że będzie gorzej, a tu chodzę swobodnie, jedynie z pokonywaniem schodów mam trochę problemów. Przyznam, że ciężej było po przebiegnięciu normalnych maratonów. W trakcie zawodów schudłem o pięć kilogramów, ale waga zwykle szybko wraca do normy.

Już niedługo ten ambitny sportowiec rozpocznie przygotowania do kolejnej imprezy. - To prawda - potwierdza. - Na początku września wystartuję w biegu górskim na dystansie 100 km. Te zawody odbędą się w Krynicy. Natomiast marzy mi się start w Ironman World Championship w Kona na Hawajach. W końcu tam limit czasu też wynosi 17 godz...

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 5 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Polub nas na Facebooku