Festiwal Dwa Brzegi. Kino tęskni za pisarzem

Rozmawiała Danuta Majka
2010-08-04 , aktualizacja: 04.08.2010 20:13
A A A Drukuj
Odkąd razem z zespołami filmowymi zniknęli kierownicy literaccy - a w tej funkcji zwykle występowali dobrzy pisarze - to polskie kino niepokojąco często szeleści papierowymi dialogami i przynudza drewnianymi bohaterami. Jak to zmienić?

Fot.Tomasz Wiech / AG
Przyciągnąć pisarzy do kina i zarazić filmowym bakcylem - taką radę ma Piotr Marecki, wydawca, redaktor naczelny Ha!art, współtwórca i wykładowca Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej. Na Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym Marecki przywiózł swoją rozmowę z autorem mistrzowskich scenariuszy Jerzym Stefanem Stawińskim. To ostatni wywiad ze Stawińskim, który niedawno zmarł. Zapis części rozmowy pokazano w ramach festiwalowej sekcji "Lekcja Kina" (z powodu problemów technicznych nie udało się odtworzyć całości).

Danuta Majka: Kiedy Pan nagrał tę rozmowę?

Piotr Marecki: W 2008 r. Stawiński był już wtedy poważnie chory i od dawna nie przyjmował zaproszeń na wykłady. Nam zależało, żeby zaprosić go na spotkanie ze studentami do Krakowa, ale odmówił, więc pojechaliśmy z kamerą do niego do domu, żeby porozmawiać z legendą polskiego scenariopisarstwa.

Z jakim założeniem Pan jechał na tę rozmowę? Co mistrz miał według pana przekazać studentom?

- Zakładaliśmy w Krakowie pierwszą w Polsce szkołę scenariuszową i zależało nam na tym, żeby zacząć debatę o scenariuszach w polskiej kinematografii. Wrócić do takiego myślenia, że scenarzysta to może być ważna postać i tak naprawdę od scenariusza bardzo wiele zależy. Chciałem na powrót pisarzy przyciągnąć do kina. Nauczyć ich pisania scenariuszy, ale też zaszczepić im bakcyla filmowego. Dobrze wiedziałem, że pisarze, których znałem i których wydawałem, nie myśleli w kategoriach kina.

No właśnie, jeszcze całkiem niedawno nikt nie był zainteresowany pisaniem dla kina.

- Powszechnie uważa się, że drogi kina i literatury rozeszły się po 1989 roku. Są oczywiście debaty kto jest winny - kino czy literatura. Niektórzy mówią, że to literatura, bo skupiła się na języku, inni, że kino poszło w kierunku wolnorynkowym, czyli oszczędzania na wszystkim, dotyczyło to też opłat za prawa do adaptacji, więc reżyser wolał napisać scenariusz sam. Trzeba też pamiętać, że przeżywaliśmy w latach 90. duży kryzys w kinematografii. Powstawało bardzo niewiele filmów, głównie telewizyjnych, polikwidowano zespoły filmowe.

Ale reżyserzy nie chwycili w tych trudnych czasach za kamery, nie oszczędzali na operatorach, więc wycięcie scenarzystów musiało być też spowodowane czymś innym niż tylko oszczędnościami.

- W przypadku literatury rolę mogły odegrać tendencje, które doszły wtedy do głosu: z jednej strony postmodernistyczne, czyli literatura bardzo samoświadoma, która bawi się sobą, używa miliona cytatów, to taki model uniwersytecki i on nie mógł interesować kina. Druga tendencja polegała na tym, że nasi pisarze zaczęli tworzyć prywatne mitologie. Stasiuk, Tokarczuk, to pisarze, którzy nawet pouciekali w góry, odcięli się od szerszych, społecznych tematów. Mówi się, że po 1989 r. wszystkie dziedziny życia zostały sprywatyzowane, także literatura i to mogło nie interesować filmowców. Ale mnie ciekawi dlaczego kino nie zwróciło się w stronę pisarzy trochę później, kiedy na scenę weszli młodzi, urodzeni w latach 70. Oni podejmowali społeczne tematy takie jak: aborcja, bezrobocie, pegeery, wejście kapitalizmu do Polski. Powstają całe panoramy społeczne, ale w kinie impas trwał. Teatr potrafił po to sięgnąć, filmowcy nie. Xawery Żuławski nakręcił "Wojnę polsko-ruską" siedem lat po wydaniu książki, dlaczego nie ma tego, o czym mówił Stawiński, że w jego czasach filmowcy rzucali się na książki natychmiast.

Jak się zemścił brak literackich scenariuszy?

- Wszyscy są zgodni, że polskie filmy mają źle napisane, drętwe dialogi. Ktoś na planie mógłby to poprawiać w czasie kręcenia zdjęć, słysząc, że coś źle brzmi. Ale tego nie ma.

Jak to się robi tam, gdzie są duże kinematografie?

- Funkcjonuje przede wszystkim script doctor, taki naprawiacz scenariusza. To ludzie wynajmowani do poszczególnych projektów, a nawet ich części, bo w systemie hollywoodzkim są na przykład specjaliści od pierwszych 10 minut, specjaliści od kulminacji itd. Zanim jednak ruszy produkcja scenariusz daje się do czytania bardzo wielu osobom, które go poprawiają.

Co o technice pisania dobrych scenariuszy powiedział Panu Stawiński?

- Chciałem zapytać o to, jak doszli do takiej pozycji, jak robili filmy, nie mając szkół scenariopisarskich. On powiedział, że po prostu pisali stustronicowe opowiadania, które były przenoszone na ekran jeden do jednego.

Jak to wyglądało od strony technicznej? Pisząc opowiadania, myśleli o opowiadaniu, czy o tym jak to ma być sfilmowane?

- To były lata tużpowojenne i myślę, że oni mieli taką masę mocnych przeżyć, że po prostu przenosili to na papier. To były behawioralne opowiadania z bardzo małą ilością monologu wewnętrznego, dużo było za to dialogów.

Stawiński nie uważał technicznej umiejętności pisania scenariuszy za ważną, mówił, że liczy się talent

- Dziś to się jednak zmienia, bo teraz bardzo dba się o to, żeby scenarzyści używali konkretnego formatu. Dziś już stustronicowe opowiadanie nie przeszłoby jako scenariusz. Potrzebne jest pewne przygotowanie. Ale oczywiście też i talent. Choć jest jedna żelazna zasada w tym świecie - że nie ma żadnej zasady. Załóżmy, że jest ktoś kto nie umie profesjonalnie nic napisać, ale nosi w sobie jakąś historię i opowie to komuś, kto zrobi z tego scenariusz, tak też może powstać arcydzieło.

Czyli tak, jak mówił Stawiński - talent. Ale pewnie większość osób ze szkół scenariopisarskich nie ma go wystarczająco dużo. Ile z nich będzie autorami dobrych scenariuszy?

- Bardzo niewiele. W naszej szkole są na razie dwa projekty skierowane do realizacji, pierwszy to historia o Karolu Kocie, seryjnym mordercy. Drugi o anoreksji.

Czy pisarze też muszą przechodzić specjalne szkolenie?

- Tak, żeby się nauczyć formatu i pracy zespołowej, bo na co dzień pracują w pojedynkę, a zupełnie inaczej jest, kiedy jakąś postać omawia się w grupie, słyszy jakieś pomysły. Mieliśmy kilku pisarzy, na przykład Zbyszek Masternak, który mieszka w Puławach. Według jego książki "Niech żyje wolność" Andrzej Barański będzie robił film zatytułowany "Księstwo". Akcja dzieje się w Górach Świętokrzyskich. Jeżeli chodzi o innych absolwentów, których proza będzie kręcona, to np. można wymienić Małgorzatę Rejmer, Martę Syrwid - autorkę tego projektu o anoreksji. Jest też Michał Zygmunt, taki młody pisarz. Absolwentem naszej szkoły jest Łukasz Orbitowski, który napisał teraz scenariusz do filmu o Powstaniu Warszawskim. Film będzie produkował Tomasz Bagiński.

Sporo ich jest.

- To jest ten filmowy bakcyl, który udało się zaszczepić

Mówi Pan o młodych pisarzach, a gdzie starsi?

- Były takie przypadki: Jerzy Pilch pisał dla kina, wydaje mi się, że bez większego sukcesu. Ja uważam, że z tych autorów dojrzalszych to ciekawym przykładem jest Manuela Gretkowska i film "Szamanka" na podstawie jej scenariusza. Film Andrzeja Żuławskiego uważany był kiedyś za mocno nieudany, ale dziś jego odbiór bardzo się zmienia. Młodzi krytycy zaczynają go odkrywać.

Ciekawym przykładem jest też mający retrospektywę na Dwóch Brzegach Lech Majewski, który zrobił Wojaczka z Krzysztofem Siwczykiem, takim rozpoznawalnym, bardzo młodym poetą, którego obsadził w roli głównej. Poeta zagrał poetę. Widać więc, że takie kroki zetknięcia się kina z literaturą były podejmowane, teraz trzeba do nich wrócić.

Nie uważa Pan, że to co Stawiński mówił o roli kierownika literackiego, takiej osoby na etacie, ale też i o kompozycji filmu, który ma mieć początek, rozwinięcie i zakończenie, to dziś już brzmi anachronicznie?

- Ja chciałbym, żeby młodzi ludzie umieli pisać takie klasyczne scenariusze! Jestem oczywiście zwolennikiem kina opartego na formie, na mocnym języku filmowym, ale chciałbym żeby scenarzyści potrafili opowiedzieć historię, a to jest duży problem, Dziś większość scenariuszy pisanych przez młodych ludzi jest opartych na problemach z rodzicami. Piszą jakie mieli z nimi przejścia. Albo - drugi taki motyw - to niemożność nakręcenia filmu. Taki autotematyzm.

Z czego to wynika? Z niedojrzałości?

- Być może oni nie mają o czym pisać. Dlatego nadzieją dla kina może być literatura, tam jest ta świeżość. Nawet jeżeli pisarze sięgają do swoich doświadczeń, jak Masternak, który odtwarza w powieści świat Piórkowa, małej wsi, z której pochodzi, ale to już ma siłę.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Polub nas na Facebooku