Janusz Krupski
2010-04-11
, aktualizacja: 11.04.2010 17:50
Redaktor i wydawca, działacz państwowy (ur. 1951)
ZOBACZ TAKŻE
- Janusz Krupski. To od niego zaczęło się wiele spraw... (14-04-10, 20:14)
- Człowiek o kryształowym charakterze, wszyscy mu ufaliśmy - tak Janusza Krupskiego wspominają przyjaciele.
Janusz Krupski od 2006 r. kierował Urzędem do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, wcześniej przez sześć lat był zastępcą prezesa IPN. To właśnie z jego inicjatywy w 1976 r. do Polski przywieziono skrycie pierwszy powielacz, który potem wykorzystywała opozycja. Urodził się w 1951 r. w Lublinie. Wraz rodziną mieszkał najpierw przy ul. Skłodowskiej, potem w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu w bloku na Tatarach.
Studiował historię na KUL, kierował studenckim Kołem Naukowym Historyków.
- Społeczność studentów KUL była wtedy nieduża, w zasadzie każdy każdego znał - opowiada Anna Samolińska, która w 1976 była studentką filozofii teoretycznej. - Brałam udział w zebraniach historyków. Zaprosili mnie, mimo że studiowałam inny kierunek. To byli ludzie dobrani raczej pod względem ideowym. Doskonale pamiętam, jak w mieszkaniu rodziców Janusza próbowaliśmy drukować "Folwark zwierzęcy" Orwella.
Powielacz spirytusowy z inicjatywy Krupskiego w Londynie odebrał Wit Karol Wojtowicz, wówczas student historii sztuki KUL, aktor Sceny Plastycznej KUL. Pretekstem był pokaz na zagranicznym festiwalu spektaklu "Ikar". Rozmontowane na osiem części urządzenie udało się przemycić przez granicę. Druk "Folwarku" był jedną z pierwszych prób tego, jak działało.
Anna Samolińska: - Którejś nocy razem z Magdą Górską zamknęliśmy się u Janusza w pokoju. Wcześniej kupiliśmy denaturat do powielacza. Próbowaliśmy całą noc, ale jakoś druku była kiepska. Litery były zupełnie nieczytelne.
Janusz Bazydło, publicysta i historyk pisze we wspomnieniu: "Przed laty w 1977 roku, zaraz po otrzymaniu pierwszego powielacza, stanęliśmy przed potrzebą zakupienia niezbędnej ilości papieru. Nikt z nas nie posiadał koniecznej ilości pieniędzy. Janusz je miał na książeczce mieszkaniowej, na wkład złożyli się najbliżsi członkowie Jego rodziny. Mieszkał zaś wtedy w maleńkim pokoiku, w którym po rozłożeniu wersalki nie można się było poruszać. Spytał wtedy swoją nieżyjącą od kilku lat Mamę, czy zgodzi się na przeznaczenie tych środków na zakup papieru. Jak sam mówił, ta prosta kobieta bez zbędnych tłumaczeń wyraziła zgodę. Jej rezultatem był papier, a potem pierwsze wydruki nieocenzurowanej oficyny wydawniczej: Biuletyny Informacyjne KOR, Komunikaty KOR i Zapis. Tak to, dzięki Niemu i Jego Mamie, zaczęła się "rewolucja powielaczowa".
Janusz Krupski był liderem środowiska "Spotkań", Niezależnego Pisma Młodych Katolików, wydawanego w drugim obiegu w Lublinie od drugiej połowy lat 70.
W 1980 r. wszedł do zarządu Regionu Solidarności w Gdańsku. Trzy lata później, w styczniu 1983 r. został w Warszawie porwany przez grupę esbeków. Wywieźli go do Puszczy Kampinoskiej, tam kazali się rozebrać i położyć na ziemi. Potem na plecy wylali kwas, stężony roztwór fenolu z ługiem i rannego zostawili w lesie.
"W 1991 r. wszczęte zostało śledztwo w sprawie mojego porwania - wspominał na łamach "Rzeczpospolitej".
Ustalono, że zlecili je kapitanowie Grzegorz Piotrowski i Bohdan Kuliński z sugestią, żeby mnie później wrzucić do zbiornika wodnego. W jednej z publikacji po procesie zabójców księdza Jerzego przeczytałem skierowany do generała Kiszczaka list Piotrowskiego. Podkreślał w nim, że Krupski zachował życie".
- Człowiek o kryształowym charakterze, wszyscy mu ufaliśmy. Prawdziwy przyjaciel - wspomina Wit Karol Wojtowicz. I dodaje: - Był jednym z pierwszych w PRL, który pisał, że nie można mówić o wolności Polski bez wyzwolenia innych krajów w strefie wpływów ZSRR. Ostatni raz widzieliśmy się 25 marca na wernisażu w Rzeszowie. Obiecaliśmy sobie, że następne spotkanie będzie w Lublinie.
Janusz Bazydło:"Głęboko i nieostentacyjnie wierzący, o ugruntowanej hierarchii wartości, którą wcielał w życie. Nie sposób nie przypomnieć w tym miejscu i na dowód jego miodowego przedślubnego miesiąca. Jeszcze narzeczeni, On i Joasia spędzili go w mieszkaniu niepełnosprawnego chorego 18-letniego chłopca. Porzucony po urodzeniu przez ojca, był od 18 lat pod nieustanną opieką matki. Trzeba go było karmić, przewijać...". Młodzi zrobili to dla niego i jego matki, dając jej, po raz pierwszy od osiemnastu lat możliwość odpoczynku... Odszedł zawsze skromny, niezłomny w myśleniu i działaniu działacz opozycji, lider środowiska Spotkań, redaktor i wydawca, działacz państwowy, ojciec siedmiorga dzieci. Będę się za Niego i do Niego modlił....".
Janusz Krupski od 2006 r. kierował Urzędem do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, wcześniej przez sześć lat był zastępcą prezesa IPN. To właśnie z jego inicjatywy w 1976 r. do Polski przywieziono skrycie pierwszy powielacz, który potem wykorzystywała opozycja. Urodził się w 1951 r. w Lublinie. Wraz rodziną mieszkał najpierw przy ul. Skłodowskiej, potem w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu w bloku na Tatarach.
Studiował historię na KUL, kierował studenckim Kołem Naukowym Historyków.
- Społeczność studentów KUL była wtedy nieduża, w zasadzie każdy każdego znał - opowiada Anna Samolińska, która w 1976 była studentką filozofii teoretycznej. - Brałam udział w zebraniach historyków. Zaprosili mnie, mimo że studiowałam inny kierunek. To byli ludzie dobrani raczej pod względem ideowym. Doskonale pamiętam, jak w mieszkaniu rodziców Janusza próbowaliśmy drukować "Folwark zwierzęcy" Orwella.
Powielacz spirytusowy z inicjatywy Krupskiego w Londynie odebrał Wit Karol Wojtowicz, wówczas student historii sztuki KUL, aktor Sceny Plastycznej KUL. Pretekstem był pokaz na zagranicznym festiwalu spektaklu "Ikar". Rozmontowane na osiem części urządzenie udało się przemycić przez granicę. Druk "Folwarku" był jedną z pierwszych prób tego, jak działało.
Anna Samolińska: - Którejś nocy razem z Magdą Górską zamknęliśmy się u Janusza w pokoju. Wcześniej kupiliśmy denaturat do powielacza. Próbowaliśmy całą noc, ale jakoś druku była kiepska. Litery były zupełnie nieczytelne.
Janusz Bazydło, publicysta i historyk pisze we wspomnieniu: "Przed laty w 1977 roku, zaraz po otrzymaniu pierwszego powielacza, stanęliśmy przed potrzebą zakupienia niezbędnej ilości papieru. Nikt z nas nie posiadał koniecznej ilości pieniędzy. Janusz je miał na książeczce mieszkaniowej, na wkład złożyli się najbliżsi członkowie Jego rodziny. Mieszkał zaś wtedy w maleńkim pokoiku, w którym po rozłożeniu wersalki nie można się było poruszać. Spytał wtedy swoją nieżyjącą od kilku lat Mamę, czy zgodzi się na przeznaczenie tych środków na zakup papieru. Jak sam mówił, ta prosta kobieta bez zbędnych tłumaczeń wyraziła zgodę. Jej rezultatem był papier, a potem pierwsze wydruki nieocenzurowanej oficyny wydawniczej: Biuletyny Informacyjne KOR, Komunikaty KOR i Zapis. Tak to, dzięki Niemu i Jego Mamie, zaczęła się "rewolucja powielaczowa".
Janusz Krupski był liderem środowiska "Spotkań", Niezależnego Pisma Młodych Katolików, wydawanego w drugim obiegu w Lublinie od drugiej połowy lat 70.
W 1980 r. wszedł do zarządu Regionu Solidarności w Gdańsku. Trzy lata później, w styczniu 1983 r. został w Warszawie porwany przez grupę esbeków. Wywieźli go do Puszczy Kampinoskiej, tam kazali się rozebrać i położyć na ziemi. Potem na plecy wylali kwas, stężony roztwór fenolu z ługiem i rannego zostawili w lesie.
"W 1991 r. wszczęte zostało śledztwo w sprawie mojego porwania - wspominał na łamach "Rzeczpospolitej".
Ustalono, że zlecili je kapitanowie Grzegorz Piotrowski i Bohdan Kuliński z sugestią, żeby mnie później wrzucić do zbiornika wodnego. W jednej z publikacji po procesie zabójców księdza Jerzego przeczytałem skierowany do generała Kiszczaka list Piotrowskiego. Podkreślał w nim, że Krupski zachował życie".
- Człowiek o kryształowym charakterze, wszyscy mu ufaliśmy. Prawdziwy przyjaciel - wspomina Wit Karol Wojtowicz. I dodaje: - Był jednym z pierwszych w PRL, który pisał, że nie można mówić o wolności Polski bez wyzwolenia innych krajów w strefie wpływów ZSRR. Ostatni raz widzieliśmy się 25 marca na wernisażu w Rzeszowie. Obiecaliśmy sobie, że następne spotkanie będzie w Lublinie.
Janusz Bazydło:"Głęboko i nieostentacyjnie wierzący, o ugruntowanej hierarchii wartości, którą wcielał w życie. Nie sposób nie przypomnieć w tym miejscu i na dowód jego miodowego przedślubnego miesiąca. Jeszcze narzeczeni, On i Joasia spędzili go w mieszkaniu niepełnosprawnego chorego 18-letniego chłopca. Porzucony po urodzeniu przez ojca, był od 18 lat pod nieustanną opieką matki. Trzeba go było karmić, przewijać...". Młodzi zrobili to dla niego i jego matki, dając jej, po raz pierwszy od osiemnastu lat możliwość odpoczynku... Odszedł zawsze skromny, niezłomny w myśleniu i działaniu działacz opozycji, lider środowiska Spotkań, redaktor i wydawca, działacz państwowy, ojciec siedmiorga dzieci. Będę się za Niego i do Niego modlił....".
Najnowsze wiadomości
-
Marszałkowie dali stypendia. Na "fabryki bezrobotnych"
-
Konserwator o deptaku: Mniej miejsca dla ogródków
-
AAAA szpital oddam w dobre ręce. Jest dwóch chętnych
-
Długie nocne czekanie w kolejce. Raz w roku to frajda
-
Tytani walczyli z Diabłami. Futbol amerykański w Lublinie ZOBACZ
-
Czwarte Kody. Były wydarzenia, były i rozczarowania
-
Prognoza pogody: To będzie ciepły i słoneczny tydzień
-
Promują Koncert Chwały tańcem, śpiewem i flash mobami
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Lublin z lotu ptaka. Niesamowite zdjęcia ...
- Obwodnica Lublina. Dlaczego wywłaszczeni ...
- Wisła magnesem na turystów? Ogromne ...
- Mega rachunki z Orange za telefony widmo. ...
- Jak pić to na salonie miasta. Na deptaku, ...
- Sukces policji? Poczekali, aż wyjdą, po ...
- UMCS. Rektor-elekt o karaniu za picie ...




