Alfred Schreyer. Nikt już tak nie śpiewa

Rozmawiał: Grzegorz Józefczuk
13.12.2009 , aktualizacja: 13.12.2009 17:59
A A A Drukuj
W Mandragorze na Starym Mieście koncertował w sobotę 87-letni Alfred Schreyer z zespołem, śpiewak i muzyk, ostatni żyjący w Drohobyczu uczeń Brunona Schulza. Śpiewał po żydowsku, rosyjsku i po polsku. Stare polskie tanga jak "Przy kominku" wzbudziły niesłychany aplauz słuchaczy.
Benefis Alfred Schreyera. Zapala pierwszą świeczkę chanukiji
Fot. Piotr Michalski / AGENCJA GAZETA
Benefis Alfred Schreyera. Zapala pierwszą świeczkę chanukiji
GRZEGORZ JÓZEFCZUK: Zapewne pięć lat temu Pan nie myślał, że będzie tyle razy koncertował w Lublinie. Lublin jakoś Pana przyciągnął. Jak to się stało?

ALFRED SCHREYER: - Jestem w Lublinie po raz trzeci. Pierwszy występ był w 2007 roku w Hadesie - i od tego czasu tak polubiłem to miasto. Uważam za swoje szczęście, że mogę przyjechać do Lublina. Miasto ma swój fluid, jest miastem takim przytulnym, ciepłym. I bardzo mi imponuje, że w mieście, gdzie nie ma już Żydów, a mówiono mi, że w Lublinie mieszka może 60 Żydów w ogóle, czczone są tradycje żydowskie. Tutaj, w Lublinie uruchomiono tę ogromną jesziwę, na domach są tablice, pensjonat nazywa się Waksman, chociaż tego Waksmana już dawno nie ma. To jest dla mnie tym bardziej imponujące dlatego, że tam, skąd przyjechałem, to jest nie do pomyślenia, to jest niemożliwe.

Oprócz tego, co mi tak imponuje? Mieszkańcy Lublina! Oni tak ciepło i szczerze się do mnie odnoszę. Jednym słowem, Lublin jest moim najulubieńszym miastem w Polsce. Kiedyś to był Kraków, w Krakowie mieszkali moi dziadkowie i dlatego tak kiedyś lubiłem to miasto, ale teraz wolę Lublin. Nasz drugi występ był w Trybunale Koronnym. To była wspaniała uroczystość wręczenia medali Yad Vashem czterem rodzinom za ratowanie Żydów. Po tym występie dostałem z ambasady przepiękny list.

Jest Pan ostatnim Żydem z Drohobycza, który pamięta to miasto uwiecznione w prozie Brunona Schulza takim, jakie było w latach międzywojennych. O czym, co było kiedyś, nie należy zapominać, bo było wtedy tak cenne i wartościowe?

- Przedwojenny Drohobycz liczył około 42 tys. mieszkańców, z nich 13,5 do 14 tysięcy - to byli Żydzi. Dzisiaj w Drohobyczu z rdzennych, urodzonych w Drohobyczu Żydów, zostałem tylko ja. Jestem ostatni. Nie ma już nikogo. Dlatego mówię ludziom, żeby póki jestem, z tego korzystali, bo bardzo często słyszymy takie niesłychane głupstwa. Ludzie, nie tylko w Drohobyczu, mają takie przyzwyczajenie uważać za prawdziwe to, czego pragną, i stąd wynika masa błędów i nieprawdy. Urodziłem się 1922 roku, ale pierwsze dziesięć lat spędziłem w Jaśle, gdzie ojciec był inżynierem. Wczesną jesienią 1932 roku wróciliśmy do Drohobycza. Jakie to było maisto? Bardzo żywe, ludzie znali się nawzajem, a stosunki między narodowościami były całkiem normalne. Tu i ówdzie można było zobaczyć wprawdzie nalepkę: "nie kupuj u Żyda", ale jak się chciało taniej kupić, to szło się przecież do Żyda. Kiedy był pesach, zapraszaliśmy często Polaków, a kiedy były Święta Wielkanocne - można było do kogoś pójść na jajko. I to było normalne. Mówię o tym, bo to jest już, niestety, bezpowrotne.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Polub nas na Facebooku