Wspominamy profesora Zbigniewa Hołdę
21.05.2009
, aktualizacja: 22.05.2009 00:54
Zbyszek nie był wojownikiem, a osiągnął więcej niż ci, co walczą - wspomina profesora Zbigniewa Hołdę sędzia Trybunału Konstytucyjnego, członek Komitetu Helsińskiego Andrzej Rzepliński
O. Tomasz Dostatni, dominikanin
Znałem go przez ostatnie dziewięć lat. Wielokrotnie rozmawialiśmy i wielokrotnie w coś wspólnie się angażowaliśmy. Był dobrym człowiekiem i lubił ludzi. W tym, moim zdaniem, krył się jego urok i jego prostota, która była jego wielkością. Dobroć i sprawiedliwość, to dwa słowa, które mi przychodzą na myśl, gdy go wspominam, tak na gorąco. Był też nieskazitelnie uczciwym człowiekiem. Kiedy rozpoznawałem w nim te cechy, budował mnie bardzo tą swoją hierarchią wartości. Wydawało się, że to coś oczywistego. Lecz w epoce postkomunistycznej, gdzie podstawowe wartości etyczne są zachwiane, on opowiadał się za czymś jakże normalnym. Cieszę się, że obdarzył mnie swoją przyjaźnią, pomimo pewnej różnicy wieku. I jestem mu wdzięczny, że zawsze był gotowy i otwarty na różne pomysły gdy się go zapraszało. Bo lubił ludzi i był dobrym człowiekiem. I jak refren można by te słowa w nieskończoność powtarzać.
Prof. Andrzej Rzepliński, sędzia Trybunału Konstytucyjnego, członek Komitetu Helsińskiego
Przyjaźniliśmy się od 31 lat. Spotkaliśmy się w Poczdamie na zjeździe młodych prawników karnistów. Nas ulokowano w willi, którą w 1945 roku podczas rokowań z aliantami zajmował Stalin. To była kwestia przypadku. Mieliśmy sypialnię Stalina. Było w niej tylko jedno łóżko. Więc się na nim położyliśmy. Ja na jednym brzegu, Zbyszek na drugim. Było ciasno, a my nie przyzwyczajeni przez co długo nie mogliśmy zasnąć. W końcu, nad ranem zasnęliśmy i zaspaliśmy.
Konferencje prowadził późniejszy profesor, a wtedy młody doktor Jorg Albrecht z Fryburga. My wchodzimy tacy zaspani, a Albrecht mówi do nas: "Polacy zawsze się spóźniają". A ja na to: "Niemcy są zawsze pierwsi i oni na tym źle wychodzą". To był początek naszej przyjaźni.
Połączyło nas to, że żaden z nas nie miał duszy księgowego. Szukaliśmy więc takich zajęć, które naszym zdaniem dawały pożytek innym. To było bardzo silne u Zbyszka. Jedna z moich doktorantek rozmawiała z nim krótko dwa razy. Gdy w czwartek czciliśmy jego pamięć minutą ciszy dziewczyna się rozpłakała. Te dwa krótkie spotkania tak wiele jej dały.
Zbyszek był absolutnym fanem Lubelszczyzny i środkowej Małopolski. Przez długie lata niespecjalnie lubił wyjeżdżać. Do innych regionów Polski zagoniły go dopiero konferencje naukowe. Jego życia zawodowego nie można nazwać karierą, bo to co robił, robił dla ludzi. Był niezwykle zdolnym adwokatem. Przy jego umiejętnościach przekonywania sądu i oskarżonych, mógł zarabiać duże pieniądze, ale z tego zrezygnował. Pamiętam, kiedy reprezentował pokrzywdzoną w procesie księdza z Tylawy, oskarżonego o molestowanie seksualne. Wtedy swoją postawą potrafił przekonać nawet oskarżonego.
Jestem o wiele większym dłużnikiem jego niż on moim. Mam trochę czasu, aby spłacić dług, który u niego zaciągnąłem. Zbyszek nie był wojownikiem, a osiągnął więcej niż ci co walczą. To nie była walka o prawa człowieka. Bo prawa człowieka to codzienna bardzo męcząca orka. Rolnik nie walczy tylko orze pole. Walka zawsze zakłada, że ma się przeciwnika, stosuje twarde chwyty. Wtedy łatwo można stać się narzędziem gry politycznym. Tu trzeba siać, aby można zrozumieć, że żaden człowiek nie jest przedmiotem.
Paweł Milart, lekarz ginekolog
Moja przyjaźń ze Zbyszkiem zawiązała się na "podłożu" Jego stosunku do piłki nożnej. Otóż przez kilka lat, jak pozwalała pogoda, umawialiśmy się popołudniami na mecze piłkarskie... sam na sam. Obaj byliśmy w "piłkarstwie" równie uzdolnieni.
Boisko stanowiło jedno z nielicznych już wtedy podwórek-trawników między szacownymi blokami mieszkaniowymi. Z czasem, nasze spotkania zaczęły spełniać rolę społeczną, stając się nawet łącznikiem pokoleń. Do dwóch niemłodych, jak na piłkę podwórkową, ludzi zaczęli dołączać młodzieńcy siedzący na okolicznych ławkach. W szczytowym okresie spotkań piłkarskich jako podwórkowi zawodnicy występowali przyjaciele Zbyszka tworząc pod pewnym względem rewelacyjną drużynę: przyszły wojewoda, kilku przyszłych profesorów lubelskich uczelni, wysoko postawionych urzędników państwowych, redaktorzy (w tym naczelny) nowopowstałej gazety. Mimo takiego ładunku intelektualnego drużyny, mecz z LSM-mowską młodzieżą przegraliśmy sromotnie.
Ciepłe uczucie do piłki nożnej Zbyszka nie zachwiało się nawet w obliczu pojawiających coraz częściej informacji o niedobrych praktykach w polskim futbolu. Ostatnie lata przyniosły wiele prawniczo-medycznych problemów interesujących nas zawodowo, jak zauważyliśmy, nie tylko związanych z piłką nożną. Nadarzała się okazja, aby do niektórych z nich, podejść na wysokim, rzeczowym, naukowym poziomie.
Teraz będzie to znacznie trudniejsze zadanie.
Prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości
Przez lata całe kultywowaliśmy rytuał piątkowych spotkań w sekretariacie katedry prawa karnego UJ. Mieliśmy zajęcia o tej samej porze. Zbyszek zawsze miał mnóstwo do powiedzenia. Zalewał nas potokiem słów, nie dawał nam dojść do głosu. Mówił o bardzo ciekawych rzeczach. Zawsze podkreślał, że w swojej działalności adwokackiej nie bierze pieniędzy, bo chce pomagać ludziom. Pamiętam, kiedy spotkaliśmy się po pogrzebie wybitnego karnisty prof. Andrzeja Wąska, który zmarł na nowotwór. Zbyszek był wykonawcą odręcznie napisanego testamentu profesora. Po pogrzebie rozmawialiśmy jak wybitni ludzie odchodzą w sposób niespodziewany. Wtedy nikt z nas nie przypuszczał, że może to spotkać któregoś z nas.
Podziwiałem go kiedy dowiedział się o chorobie. Był ogromnym optymistą. Dzwoniłem do niego jako minister i później kiedy zostałem zdymisjonowany. Kłóciliśmy się i sprzeczaliśmy o ocenę zjawisk społecznych i politycznych. Do końca był przekonany, że uda mu się z choroby wyjść z sukcesem. Nie dopuszczałem myśli, że może umrzeć tak szybko. Razem ze swoim zastępcą ministrem Jackiem Czają występowaliśmy o nagrodę Pro Bono dla Profesora. Kiedy ją dostał zadzwoniłem do niego jako pierwszy i mu pogratulowałem. Był bardzo zdziwiony. "To niemożliwe" powiedział.
Henryk Wujec, legendarny opozycjonista, poseł z Lubelszczyzny w latach 1989-2001
Kiedy byłem posłem i podróżowałem na trasie Biłgoraj - Warszawa odwiedzałem państwa Hołdów w Lublinie. Pamiętam, że Profesor często w rozmowie zwracał uwagę na absurdy jakie są w prawie. Tak było z paradoksem orzekania przez asesorów w sądach. Zwracał mi uwagę, że nie są sędziami mianowanymi i nie mają żadnych gwarancji niezawisłości. Profesora zapamiętam jednak ze strony trochę mniej poważnej. Razem z żoną byliśmy kiedyś na spotkaniu w Ośrodku Brama Grodzka, gdzie zebrali się ludzie Solidarności. Zbyszek śpiewał wtedy z innymi opozycjonistami piosenki Skaldów i Czerwonych Gitar. Pięknie przekrzykiwał się z innymi, intonował nowe zwrotki. To było wspomnienie wspólnych więzów, takich jeszcze z czasów Solidarności.
Mecenas Tomasz Przeciechowski, w latach 80. działacz "Solidarności"
Chodziliśmy ze Zbyszkiem do jednej klasy w liceum. Później razem studiowaliśmy prawo. Po zakończeniu studiów nadal utrzymywaliśmy bliski kontakt. Najbardziej zapadł mi w pamięci okres naszej działalności w NSZZ "Solidarność". Zbyszka internowano. Pomimo tego nigdy nie stracił pogody ducha. Mało tego, pocieszał nas wszystkich. W pamięci zapadło mi zdanie, które w tym czasie wypowiedział: "Zobaczycie kiedyś będziemy szli po Krakowskim Przedmieściu jako zwycięzcy". Historia pokazała, że miał rację.
Znałem go przez ostatnie dziewięć lat. Wielokrotnie rozmawialiśmy i wielokrotnie w coś wspólnie się angażowaliśmy. Był dobrym człowiekiem i lubił ludzi. W tym, moim zdaniem, krył się jego urok i jego prostota, która była jego wielkością. Dobroć i sprawiedliwość, to dwa słowa, które mi przychodzą na myśl, gdy go wspominam, tak na gorąco. Był też nieskazitelnie uczciwym człowiekiem. Kiedy rozpoznawałem w nim te cechy, budował mnie bardzo tą swoją hierarchią wartości. Wydawało się, że to coś oczywistego. Lecz w epoce postkomunistycznej, gdzie podstawowe wartości etyczne są zachwiane, on opowiadał się za czymś jakże normalnym. Cieszę się, że obdarzył mnie swoją przyjaźnią, pomimo pewnej różnicy wieku. I jestem mu wdzięczny, że zawsze był gotowy i otwarty na różne pomysły gdy się go zapraszało. Bo lubił ludzi i był dobrym człowiekiem. I jak refren można by te słowa w nieskończoność powtarzać.
Prof. Andrzej Rzepliński, sędzia Trybunału Konstytucyjnego, członek Komitetu Helsińskiego
Przyjaźniliśmy się od 31 lat. Spotkaliśmy się w Poczdamie na zjeździe młodych prawników karnistów. Nas ulokowano w willi, którą w 1945 roku podczas rokowań z aliantami zajmował Stalin. To była kwestia przypadku. Mieliśmy sypialnię Stalina. Było w niej tylko jedno łóżko. Więc się na nim położyliśmy. Ja na jednym brzegu, Zbyszek na drugim. Było ciasno, a my nie przyzwyczajeni przez co długo nie mogliśmy zasnąć. W końcu, nad ranem zasnęliśmy i zaspaliśmy.
Konferencje prowadził późniejszy profesor, a wtedy młody doktor Jorg Albrecht z Fryburga. My wchodzimy tacy zaspani, a Albrecht mówi do nas: "Polacy zawsze się spóźniają". A ja na to: "Niemcy są zawsze pierwsi i oni na tym źle wychodzą". To był początek naszej przyjaźni.
Połączyło nas to, że żaden z nas nie miał duszy księgowego. Szukaliśmy więc takich zajęć, które naszym zdaniem dawały pożytek innym. To było bardzo silne u Zbyszka. Jedna z moich doktorantek rozmawiała z nim krótko dwa razy. Gdy w czwartek czciliśmy jego pamięć minutą ciszy dziewczyna się rozpłakała. Te dwa krótkie spotkania tak wiele jej dały.
Zbyszek był absolutnym fanem Lubelszczyzny i środkowej Małopolski. Przez długie lata niespecjalnie lubił wyjeżdżać. Do innych regionów Polski zagoniły go dopiero konferencje naukowe. Jego życia zawodowego nie można nazwać karierą, bo to co robił, robił dla ludzi. Był niezwykle zdolnym adwokatem. Przy jego umiejętnościach przekonywania sądu i oskarżonych, mógł zarabiać duże pieniądze, ale z tego zrezygnował. Pamiętam, kiedy reprezentował pokrzywdzoną w procesie księdza z Tylawy, oskarżonego o molestowanie seksualne. Wtedy swoją postawą potrafił przekonać nawet oskarżonego.
Jestem o wiele większym dłużnikiem jego niż on moim. Mam trochę czasu, aby spłacić dług, który u niego zaciągnąłem. Zbyszek nie był wojownikiem, a osiągnął więcej niż ci co walczą. To nie była walka o prawa człowieka. Bo prawa człowieka to codzienna bardzo męcząca orka. Rolnik nie walczy tylko orze pole. Walka zawsze zakłada, że ma się przeciwnika, stosuje twarde chwyty. Wtedy łatwo można stać się narzędziem gry politycznym. Tu trzeba siać, aby można zrozumieć, że żaden człowiek nie jest przedmiotem.
Paweł Milart, lekarz ginekolog
Moja przyjaźń ze Zbyszkiem zawiązała się na "podłożu" Jego stosunku do piłki nożnej. Otóż przez kilka lat, jak pozwalała pogoda, umawialiśmy się popołudniami na mecze piłkarskie... sam na sam. Obaj byliśmy w "piłkarstwie" równie uzdolnieni.
Boisko stanowiło jedno z nielicznych już wtedy podwórek-trawników między szacownymi blokami mieszkaniowymi. Z czasem, nasze spotkania zaczęły spełniać rolę społeczną, stając się nawet łącznikiem pokoleń. Do dwóch niemłodych, jak na piłkę podwórkową, ludzi zaczęli dołączać młodzieńcy siedzący na okolicznych ławkach. W szczytowym okresie spotkań piłkarskich jako podwórkowi zawodnicy występowali przyjaciele Zbyszka tworząc pod pewnym względem rewelacyjną drużynę: przyszły wojewoda, kilku przyszłych profesorów lubelskich uczelni, wysoko postawionych urzędników państwowych, redaktorzy (w tym naczelny) nowopowstałej gazety. Mimo takiego ładunku intelektualnego drużyny, mecz z LSM-mowską młodzieżą przegraliśmy sromotnie.
Ciepłe uczucie do piłki nożnej Zbyszka nie zachwiało się nawet w obliczu pojawiających coraz częściej informacji o niedobrych praktykach w polskim futbolu. Ostatnie lata przyniosły wiele prawniczo-medycznych problemów interesujących nas zawodowo, jak zauważyliśmy, nie tylko związanych z piłką nożną. Nadarzała się okazja, aby do niektórych z nich, podejść na wysokim, rzeczowym, naukowym poziomie.
Teraz będzie to znacznie trudniejsze zadanie.
Prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości
Przez lata całe kultywowaliśmy rytuał piątkowych spotkań w sekretariacie katedry prawa karnego UJ. Mieliśmy zajęcia o tej samej porze. Zbyszek zawsze miał mnóstwo do powiedzenia. Zalewał nas potokiem słów, nie dawał nam dojść do głosu. Mówił o bardzo ciekawych rzeczach. Zawsze podkreślał, że w swojej działalności adwokackiej nie bierze pieniędzy, bo chce pomagać ludziom. Pamiętam, kiedy spotkaliśmy się po pogrzebie wybitnego karnisty prof. Andrzeja Wąska, który zmarł na nowotwór. Zbyszek był wykonawcą odręcznie napisanego testamentu profesora. Po pogrzebie rozmawialiśmy jak wybitni ludzie odchodzą w sposób niespodziewany. Wtedy nikt z nas nie przypuszczał, że może to spotkać któregoś z nas.
Podziwiałem go kiedy dowiedział się o chorobie. Był ogromnym optymistą. Dzwoniłem do niego jako minister i później kiedy zostałem zdymisjonowany. Kłóciliśmy się i sprzeczaliśmy o ocenę zjawisk społecznych i politycznych. Do końca był przekonany, że uda mu się z choroby wyjść z sukcesem. Nie dopuszczałem myśli, że może umrzeć tak szybko. Razem ze swoim zastępcą ministrem Jackiem Czają występowaliśmy o nagrodę Pro Bono dla Profesora. Kiedy ją dostał zadzwoniłem do niego jako pierwszy i mu pogratulowałem. Był bardzo zdziwiony. "To niemożliwe" powiedział.
Henryk Wujec, legendarny opozycjonista, poseł z Lubelszczyzny w latach 1989-2001
Kiedy byłem posłem i podróżowałem na trasie Biłgoraj - Warszawa odwiedzałem państwa Hołdów w Lublinie. Pamiętam, że Profesor często w rozmowie zwracał uwagę na absurdy jakie są w prawie. Tak było z paradoksem orzekania przez asesorów w sądach. Zwracał mi uwagę, że nie są sędziami mianowanymi i nie mają żadnych gwarancji niezawisłości. Profesora zapamiętam jednak ze strony trochę mniej poważnej. Razem z żoną byliśmy kiedyś na spotkaniu w Ośrodku Brama Grodzka, gdzie zebrali się ludzie Solidarności. Zbyszek śpiewał wtedy z innymi opozycjonistami piosenki Skaldów i Czerwonych Gitar. Pięknie przekrzykiwał się z innymi, intonował nowe zwrotki. To było wspomnienie wspólnych więzów, takich jeszcze z czasów Solidarności.
Mecenas Tomasz Przeciechowski, w latach 80. działacz "Solidarności"
Chodziliśmy ze Zbyszkiem do jednej klasy w liceum. Później razem studiowaliśmy prawo. Po zakończeniu studiów nadal utrzymywaliśmy bliski kontakt. Najbardziej zapadł mi w pamięci okres naszej działalności w NSZZ "Solidarność". Zbyszka internowano. Pomimo tego nigdy nie stracił pogody ducha. Mało tego, pocieszał nas wszystkich. W pamięci zapadło mi zdanie, które w tym czasie wypowiedział: "Zobaczycie kiedyś będziemy szli po Krakowskim Przedmieściu jako zwycięzcy". Historia pokazała, że miał rację.
Zbyszek bardzo angażował się w sprawy swoich klientów. Bardzo przeżywał każdą sprawę, przejmował się jej rezultatem. Był adwokatem przez całą dobę, a nie tylko od 8 do 16. Swoją pracę wykonywał bezkompromisowo. Chciał pomagać ludziom, był bardzo otwarty. Ludzie odpowiadali mu tym samym dobrem, które im dawał.
Brakuje mi słów, mogę tylko powiedzieć, że przez te wszystkie lata znajomości był on zawsze bardzo dobrym przyjacielem. Pozostanie po Nim wielka dziura. Takiego drugiego nie ma i nie będzie długo. Już teraz bardzo mi Go brakuje.
Krzysztof Cugowski, lider zespołu "Budka Suflera"
Chodziłem ze Zbyszkiem do jednej klasy w lubelskim I LO im. Staszica. Był bardzo zdolnym i dobrym uczniem, szczególnie z przedmiotów humanistycznych. Jednocześnie lubił sport, o czym może nie każdy wie. W największym pokoju rodzinnego mieszkania Zbyszka urządzaliśmy sobie regularne sparingi bokserskie. Sędzią, a jednocześnie publicznością była młodsza siostra Zbyszka. Czasami przychodzili też nasi inni koledzy. Oczywiście wszystko działo się pod nieobecność rodziców gospodarzy.
Jacek Czaja, wiceminister sprawiedliwości
Bardzo trudno przyjdzie pogodzić się z nieobecnością Profesora. Wszyscy Go uwielbiali. Postawa Profesora zawsze prowokowała do działania, nie tylko z tego powodu, że Jego entuzjazm był wręcz niewyobrażalny. On zwyczajnie pokazywał, że trzeba rzetelnie brać się do działania w sprawach dużych i małych. Potrafił doprowadzić do końca wielkie sprawy, o najwyższym znaczeniu dla obywateli. Do nich w pierwszej kolejności zaliczyć należy przygotowanie skargi konstytucyjnej w sprawie dotyczącej usytuowania urzędu asesora w polskim wymiarze sprawiedliwości. To było być może najważniejsze orzeczenie w dotychczasowej historii Trybunału Konstytucyjnego. Zanim ta sprawa trafiła do Trybunału, a nie był to przypadek, Profesor prezentował bardzo jasny pogląd, iż powierzania czynności orzekania asesorom, jako podmiotom ustrojowo nieodpowiadającym wymaganiom stawianym sędziom i nieposiadającym stosownych gwarancji niezależności, jest sprzeczne z Konstytucją. Dyskutowaliśmy wielokrotnie na ten temat, stwierdzając z przykrością brak inicjatywy ze strony organów Państwa w zakresie zaskarżenia odpowiednich przepisów do Trybunału. Profesor zalecał cierpliwość, podnosząc, że w końcu trafi się taka sprawa obywatela, gdzie będzie można złożyć indywidualną skargę konstytucyjną. Miał rację. To Jemu w konsekwencji zawdzięczamy zmianę ustrojową, której skutki trudno przecenić.
Ten dorobek Profesora musi być kontynuowany. Trzeba o tym pamiętać. Nie zapomnimy także o chwilach najmilszych, tych związanych z osobistą stycznością z Profesorem. Wracając z rozpraw przed lubelskimi sądami Profesor znajdował czas aby odwiedzić znajomych. Pamiętał o wszystkich, a taka podróż zajmowała mu sporo czasu, bo miał przyjaciół wśród sędziów każdego sądu. Siedzieliśmy wówczas w różnym gronie, dyskutując czasami zażarcie, a Profesor zawsze był Tym, który najbardziej wsłuchiwał się w zdanie innych. To wynikało z Jego osobistych przymiotów. Był bowiem człowiekiem nad wyraz skromnym, przyjaznym każdemu, nawet największym oponentom. To wówczas powstawały śmiałe pomysły, które zwykł realizować od razu, niezależnie od tego, czy to chodziło o pomysł na zmianę prawa, czy potrzebę interwencji w obronie skrzywdzonego człowieka. Nikomu innemu nie uda się wypełniać misji obrońcy praw człowieka w takim wymiarze, w jaki czynił to Profesor Hołda. Dla nikogo innego ta misja nie będzie bowiem tak naturalnym połączeniem cech wielkiego humanisty i wybitnego prawnika.
Pogrzeb profesora Zbigniewa Hołdy rozpocznie się w poniedziałek, 25 maja o godz. 15 na cmentarzu przy ul. Lipowej w Lublinie
Brakuje mi słów, mogę tylko powiedzieć, że przez te wszystkie lata znajomości był on zawsze bardzo dobrym przyjacielem. Pozostanie po Nim wielka dziura. Takiego drugiego nie ma i nie będzie długo. Już teraz bardzo mi Go brakuje.
Krzysztof Cugowski, lider zespołu "Budka Suflera"
Chodziłem ze Zbyszkiem do jednej klasy w lubelskim I LO im. Staszica. Był bardzo zdolnym i dobrym uczniem, szczególnie z przedmiotów humanistycznych. Jednocześnie lubił sport, o czym może nie każdy wie. W największym pokoju rodzinnego mieszkania Zbyszka urządzaliśmy sobie regularne sparingi bokserskie. Sędzią, a jednocześnie publicznością była młodsza siostra Zbyszka. Czasami przychodzili też nasi inni koledzy. Oczywiście wszystko działo się pod nieobecność rodziców gospodarzy.
Jacek Czaja, wiceminister sprawiedliwości
Bardzo trudno przyjdzie pogodzić się z nieobecnością Profesora. Wszyscy Go uwielbiali. Postawa Profesora zawsze prowokowała do działania, nie tylko z tego powodu, że Jego entuzjazm był wręcz niewyobrażalny. On zwyczajnie pokazywał, że trzeba rzetelnie brać się do działania w sprawach dużych i małych. Potrafił doprowadzić do końca wielkie sprawy, o najwyższym znaczeniu dla obywateli. Do nich w pierwszej kolejności zaliczyć należy przygotowanie skargi konstytucyjnej w sprawie dotyczącej usytuowania urzędu asesora w polskim wymiarze sprawiedliwości. To było być może najważniejsze orzeczenie w dotychczasowej historii Trybunału Konstytucyjnego. Zanim ta sprawa trafiła do Trybunału, a nie był to przypadek, Profesor prezentował bardzo jasny pogląd, iż powierzania czynności orzekania asesorom, jako podmiotom ustrojowo nieodpowiadającym wymaganiom stawianym sędziom i nieposiadającym stosownych gwarancji niezależności, jest sprzeczne z Konstytucją. Dyskutowaliśmy wielokrotnie na ten temat, stwierdzając z przykrością brak inicjatywy ze strony organów Państwa w zakresie zaskarżenia odpowiednich przepisów do Trybunału. Profesor zalecał cierpliwość, podnosząc, że w końcu trafi się taka sprawa obywatela, gdzie będzie można złożyć indywidualną skargę konstytucyjną. Miał rację. To Jemu w konsekwencji zawdzięczamy zmianę ustrojową, której skutki trudno przecenić.
Ten dorobek Profesora musi być kontynuowany. Trzeba o tym pamiętać. Nie zapomnimy także o chwilach najmilszych, tych związanych z osobistą stycznością z Profesorem. Wracając z rozpraw przed lubelskimi sądami Profesor znajdował czas aby odwiedzić znajomych. Pamiętał o wszystkich, a taka podróż zajmowała mu sporo czasu, bo miał przyjaciół wśród sędziów każdego sądu. Siedzieliśmy wówczas w różnym gronie, dyskutując czasami zażarcie, a Profesor zawsze był Tym, który najbardziej wsłuchiwał się w zdanie innych. To wynikało z Jego osobistych przymiotów. Był bowiem człowiekiem nad wyraz skromnym, przyjaznym każdemu, nawet największym oponentom. To wówczas powstawały śmiałe pomysły, które zwykł realizować od razu, niezależnie od tego, czy to chodziło o pomysł na zmianę prawa, czy potrzebę interwencji w obronie skrzywdzonego człowieka. Nikomu innemu nie uda się wypełniać misji obrońcy praw człowieka w takim wymiarze, w jaki czynił to Profesor Hołda. Dla nikogo innego ta misja nie będzie bowiem tak naturalnym połączeniem cech wielkiego humanisty i wybitnego prawnika.
Pogrzeb profesora Zbigniewa Hołdy rozpocznie się w poniedziałek, 25 maja o godz. 15 na cmentarzu przy ul. Lipowej w Lublinie
Najnowsze wiadomości
-
Kierowca MPK jak bohater. Uratował zdrowie 20 ludzi
-
Czy Lublin jest miastem miłości? SONDAŻ
-
CBA liczy pieniądze na leczenie raka. Kontrola w COZL
-
Lublin. Niespokojna noc. Zatrucie czadem, potem pożar
-
Spędził w areszcie 17 miesięcy. Domaga się 5 milionów
-
Działacz PSL z Lubelszczyzny szefem rolniczej agencji
-
Walentynki dla Ziemi - zrób coś dobrego
-
Zderzenie 3 aut. Zablokowana K19. Jedna osoba nie żyje
- 8 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Wspominamy profesora Zbigniewa Hołdę
bzdigniew
22.05.09, 15:41
Zbyszka poznalem pod koniec lat 70. W jakis sposob trafil na KUL seminarium doktoranckie prof. Turowskiego, na ktore i ja chodzilem. Czesto rozmawialismy i probowal mnie nawet sciagnac do »
-
Wspominamy profesora Zbigniewa Hołdę
empi
22.05.09, 15:54
Zbyszek zawsze potrafił zyskać sympatię otoczenia. Już w podstawówce wszyscy koledzy Go poważali. Był jednym z najlepszych uczniów unikając opinii kujona. Wspólnie wtedy przeżywaliśmy śmierć»
-
Wspominamy profesora Zbigniewa Hołdę
mikado27
28.06.09, 13:57
Zapaliłem znicz ku pamięci Profesora na stronie: odeszli-pamietamy.pl/Odeszli/3168»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Ważni ludzie się bawią. Gala Ambasadorów ...
- Co dać na Walentynki? Czerwone i z sercem ...
- Co Lublin zbudował i zbuduje za kasę z UE ...
- Walentynki - krótki przewodnik przetrwania
- Policjantowi po godzinach można więcej? W ...
- Przesiedział w celi 17 miesięcy. Choć był ...
- Urzędnicy dorabiają "na boku"? Muszą ...




