Czytamy w Polsce. Janusz Palikot: Czytanie jak terapia

Rozmawiali Karol Adamaszek, Jacek Brzuszkiewicz
13.06.2011 , aktualizacja: 12.06.2011 21:19
A A A Drukuj
Janusz Palikot Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta Janusz Palikot
Rok 1990 r. Straszna bieda. Odszedłem z PAN, bo musiałem utrzymać rodzinę. W ręce wpadła mi książka prof. Krzysztofa Obłója o tym, jak odnieść sukces w biznesie. On pokazał jak funkcjonuje rynek. Wtedy po kilkunastu latach i przeczytaniu tysięcy książek z dnia na dzień przestałem czytać - opowiada Janusz Palikot
Karol Adamaszek, Jacek Brzuszkiewicz: Podkreśla pan w wywiadach, że największe piętno wywarły na nim „Dzienniki” Witolda Gombrowicza

Janusz Palikot: Miałem wtedy 16 lat. Przyniósł mi je Tadeusz Kuźmiński, starszy o cztery lata kumpel z Biłgoraja, mechanik samochodowy ze średnim wykształceniem. Potem partner w biznesie. To było lato 1980 r. Trwał karnawał "Solidarności", którym także żyłem. Gombrowicz był dla mnie odtrutką na forsowane zewsząd maryjny patriotyzm, gdzie słowa Polska i Bóg były odmieniane przez wszystkie przypadki. Dzienniki były dla mnie lekarstwem na presje życia zbiorowego, gdzie Polska stała się ważniejsza od Polaka. Gombrowicz stał się moją obsesją. Pojechałem do majątku w Bodzechowie, gdzie mieszkał. Rozmawiałem z ludźmi. Odszukałem 80-letniego mężczyznę, który pomagał w gospodarstwie Gombrowiczów. Dobrze poznał Witolda.

Karnawał się skończył. Przyszedł stan wojenny.

- Szybko dorastałem. Przestałem wierzyć w Boga, pokłóciłem się z ojcem i uciekłem z domu. Mieszkałem u kolegów. Z Biłgoraja pochodził Henryk Wujec, a Zbigniew Borowy był najdłużej aresztowanym opozycjonistą w województwie zamojskim. Z moim charakterem nie sposób było nie włączyć się w działalność podziemną. Pomagaliśmy rodzinom internowanych. Wpadłem podczas roznoszenia ulotek. Trafiłem do milicyjnego aresztu. Na dworze 20 stopni mrozu a oni wybili okno, zabrali kurtkę a nawet siennik z celi, którym się przykrywałem. Z gorączką w środku nocy zwlekli mnie z łóżka i wzięli na trzygodzinne przesłuchanie. Niczego nie powiedziałem, z konspiracji wiedziałem też, że niczego nie wolno podpisywać. W wieku 17 lat wypieprzyli mnie z liceum i dali wilczy bilet na wszystkie szkoły w województwie.

Dla młodego chłopaka to musiał być szok.

- Miałem traumatyczne sny. Przed oczami stawał mi stryj z takim wielkim dziobatym nosem. Nawiedzało mnie to wspomnienie z dzieciństwa, kiedy zachorowałem i miałem 40 stopni gorączki. Ojca nie było w domu i matka pobiegła po pomoc właśnie do stryja. Zobaczyłem go, kiedy na chwilę odzyskałem przytomność. Ten widok prześladował mnie miesiącami po wyjściu z aresztu. Terapią było dla mnie czytanie "Neurotycznej osobowości naszych czasów" Karen Horney. Ta książka najpierw oswoiła mnie z lękiem. Zacząłem sobie wyobrażać, że stryj staje przede mną, a ja go dotykam, zaczynam z nim rozmawiać i przekonuje się, że on wcale nie jest taki straszny.

Pokonał pan traumę?

- Lata 80 to były straszne czasy. Chciałem dwa razy z Polski wyjechać, ale jak składałem wniosek o paszport to mnie zamykali na 48 godzin. Jak wychodziłem to pytali, czy w dalszym ciągu jeszcze chce mi się wyjechać. Do szkoły przyjęli mnie w Warszawie, gdzie mieszkała ciotka. Chciałem studiować matematykę, bo skończył ją brat. Matematyka uczy uporządkowania, logiki, koncentracji. Jednak po maturze nie miałem czego szukać na państwowych uczelniach. Na studia mógł mnie przyjąć tylko KUL. Ale tam nie było matematyki. Została mi filozofia. Po dwóch latach przeniosłem się z KUL na Uniwersytet Warszawski. Tam pojawił się Emmanuel Kant i jego „ Krytyka czystego rozumu”. Karen Horney nauczyła mnie, jak oswoić swoje lęki, a Kant, jak zrozumieć to, co mnie otacza. Czym jest dusza, dlaczego człowiek umiera. Po studiach dostałem pracę w Polskiej Akademii Nauk, gdzie napisałem pracę doktorską. To był ważny okres, poznałem tam Cezarego Wodzińskiego i Magdalenę Środę. Wtedy się ożeniłem. Wynajmowałem malutką stancję w Warszawie. Żyłem naprawdę bardzo biednie.

Dlatego z filozofa stał się pan biznesmenem?

- Odszedłem z PAN w 1990 r., bo musiałem utrzymać rodzinę. W ręce wpadła mi książka prof. Krzysztofa Obłója o tym, jak odnieść sukces w biznesie. Obłój pokazał jak funkcjonuje rynek. Nie polega on na jednej transakcji: przyjęciu zamówienia, wyprodukowaniu towaru, dostarczeniu go klientowi i skasowaniu pieniędzy. Nauczyłem się, jak pozycjonować produkcję, jak prowadzić walkę z konkurencją, jak analizować potrzeby konsumenta. W Polsce w tym czasie wiedzieli o tym nieliczni. Filozofia była dobrym przygotowaniem do strategicznego zarządzania firmą.

Wtedy po kilkunastu latach i przeczytaniu tysięcy książek z dnia na dzień przestałem czytać. Na początku lat 90. założyłem w Biłgoraju ze wspólnikami spółkę Ambra, która zajęła się produkcją win. Partnerem w biznesie był wtedy Tadeusz Kuźmiński, ten, który dał mi "Dzienniki" Gombrowicza. Dziś to może wydać się nieprawdopodobne, ale w ciągu kilku lat startując od zera zdobyliśmy 26 proc. polskiego rynku win i 65 proc rynku win musujących. To wtedy pojawiła się marka Dorato i wymyślone przeze mnie bezalkoholowe Piccolo, jako szampan dla dzieci. W końcu przejęliśmy Cin Cin, swojego największego konkurenta (Cin Cin należało do łodzianina Andrzeja Pawelca, wtedy jednego z właścicieli klubu piłkarskiego Widzew - red.). Jeździliśmy starymi samochodami i wszystko inwestowali w Ambrę.

Kiedy stał się pan bogaty?

- Fizycznie, ale też psychicznie byłem zajechany. W 1997 r. ze wspólnikami wzięliśmy pierwszą dywidendę. To były naprawdę duże pieniądze. Tadeusz Kuźmiński nie wytrzymał presji i wyjechał na rok naładować akumulatory do Australii. Został tam parę lat. Kupiłem w Jabłonnej pod Lublinam XIX-wieczny pałac. Przy wyposażaniu go pojawiła się fascynacja renesansem i Włochami. Jeździłem tam co kilka tygodni. Znalazłem się pod olbrzymim wpływem harmonii tamtejszej architektury, jej dopieszczonych detali. Tam nic nie dzieje się przypadkowo. Każdy szczegół ma swój sens. Spacerując po miasteczkach północnych Włoch chłonąc ją zapominałem, o tym co zostawiłem w Polsce. Kiedy wracałem do kraju i szukałem tego włoskiego porządku odnosiłem wrażenie, że Polska to jedna, wielka wieś.

Dzięki włoskiej architekturze renesansu odkryłem poezję. Jeszcze w czasach pierwszej fascynacji Gombrowiczem wydawała mi się ona czymś dla sentymentalnych podlotków. Dzięki Miłoszowi odkryłem, że poezja to sztuka pięknej dyscypliny. Jeśli poddasz się jej to nie możesz pozwolić sobie na żadne niechlujstwo, na postawienie średnika w nieodpowiednim miejscu, bo zepsuje to cały sens. Maria Janion twierdzi, że "Obłoki" Miłosza, które przeczytała w wieku 16 lat w okupowanej Warszawie zostaną jej w pamięci do końca życia. Właśnie przez rytm, jaki odnalazła w tym wierszu.

Jak do spokoju i harmonii ma się wyprawa z Markiem Kamińskim na biegun?

- Musiałem tam pójść, by się sprawdzić. Wziąłem trzy książki. Oczywiście "Dzienniki" Gombrowicza, "Podróż włoską" Goethego i "Obrazy Włoch" Pawła Muratowa (XIX-wiecznego rosyjskiego pisarza, podróżnika, ale też krytyka i historyka sztuki - red.). Zdołałem przeczytać raptem dwie strony.

O czym się myśli pokonując setki kilometrów w bezkresnej bieli?

- Na pewno się między sobą nie rozmawia. Otwarcie ust oznacza, że para zamarznie na twarzy i ją odmrozi. Wyprawa zmieniła mój świat wartości. Nauczyłem się, jak można bezgranicznie zaufać drugiemu człowiekowi. Gdy kładłem się spać na zewnątrz szalał wiatr i było 50 stopni mrozu. W namiocie - 30. Gdybym nie zaufał Markowi nigdy bym nie zmrużył oczu, bojąc się że podczas snu zamarznę. Ufałem mu, że jeśli otrzymam tyle kalorii, ile wskazał, to obudzę się żywy. Nawet w biznesie nigdy nie zdałem się na kogoś w stu procentach.

Biegun to było także inne doznanie. To było doznanie głębokiego autentyzmu. Idąc cały dzień po śniegu dotarliśmy do głębokiej na kilkadziesiąt metrów szczeliny. Była za szeroka, by ją pokonać. Musieliśmy przebyć wzdłuż niej wiele kilometrów licząc, że trafimy na zwężenie. Zaczęło strasznie wiać. Nocą skonani rozbiliśmy namiot. Rano, gdy się obudziliśmy obok niego leżała potężna bryła krystalicznego lodu wielkości kamienicy. Jak się tam znalazła? Przecież niczego w nocy nie słyszeliśmy. Wystarczyło, że bryła spadłaby metr bliżej.

Do czego panu była potrzebna polityka?

- Skończyłem 40 lat. W biznesie byłem spełniony. W tym czasie spotkała mnie osobista porażka. Moje małżeństwo rozpadło się. Nie miałem rodziny. Pustkę po niej musiałem czymś wypełnić. A może po prostu potrzebowałem jeszcze innego wyzwania?

Zanim wszedł pan do Platformy wydał książkę Donalda Tuska.

- Wtedy wydawało mi się to naturalne, że lider partii pisze książkę, w której przedstawia sposób patrzenia na Polskę. Z perspektywy czasu "Solidarność i duma" wydaje mi się elementem gry politycznej, możliwością pochwalenia się wyborcom: patrzcie ja też coś napisałem. Przecież, żaden z politycznych postulatów PO nie jest realizowany. Co się dzieje choćby z refundacją in vitro? Przed rokiem minister zdrowia Ewa Kopacz powiedziała, że w budżecie znajdą się pieniądze. Minęło 12 miesięcy, a premier mówi, że pieniędzy na ten cel nie ma.

Pana Ruch Poparcia nie ma szans, by to zmienić. Sondaże są bezlitosne.

- Już znudziło mi się to powtarzać. Sondaże sondażami, a wyniki wyborów pokazują coś zupełnie innego. Gwarantuję, że zdobędę 10-12 proc. poparcia.

Tę wiedzę wyniósł pan z książki Piotra Tymochowicza, współpracownika Ruchu, speca od marketingu politycznego i wizerunku Andrzeja Leppera?

- Tymochowicz uczy komunikatu otwartego, nazywania emocji rozmówcy. Wbrew utartej opinii jest trenerem a nie piarowcem. Porównanie z Lepperem jest w tym sensie dobre, że jemu tez nikt nie dawał szans, a wszedł jak burza do parlamentu. Przy wszystkich różnicach między mną a Lepperem sukces będzie podobny.

Podziel się

  • 31 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    33 głosy

Polub nas na Facebooku