Watykański agent tropi mroczne tajemnice

Danuta Majka
19.08.2010 , aktualizacja: 19.08.2010 16:20
A A A Drukuj
Bohaterowie "Imienia róży" walczą o Arystotelesa, a o co my walczymy? O ubeckie teczki. Jeżeli naszym Arystotelesem są donosy, jakieś parszywe kalumnie, to kim jesteśmy? Jesteśmy bohaterami "Imienia róży" a rebours, jesteśmy po prostu spsiali - mówi o świecie pokazanym w swojej nowej powieści lubelski pisarz Marcin Wroński
Marcin Wroński (ur. 1972), autor m.in. kryminałów z cyklu o komisarzu Maciejewskim oraz
Fot. Iwona Burdzanowska / AGENCJA GAZETA
Marcin Wroński (ur. 1972), autor m.in. kryminałów z cyklu o komisarzu Maciejewskim oraz "Officium Secretum. Pies pański"
Jego "Officium Secretum. Pies Pański" to thriller nawiązujący do najgorętszych polskich dyskusji wokół lustracji, Kościoła i politycznych afer. Oto ojciec doktor Marek Gliński wysłany zostaje przez kościelne specsłużby z tajną misją do Lublina. Dla bohatera to powrót do miasta, które opuścił 20 lat temu, ale zamiast sentymentalnych wspomnień czeka go konfrontacja z niechlubną przeszłością oraz skomplikowana gra z wścibskimi mediami i policją, tropiącymi kim naprawdę jest Gliński i czego szuka.

Rozmowa z Marcinem Wrońskim

Danuta Majka: Pisał pan powieści fantastyczne i kryminalne, a w najnowszej książce połączył pan thriller, political fiction i powieść z kluczem. Dlaczego? Uległ pan postmodernistycznej modzie?

Marcin Wroński: - Łączenie gatunków nie było celem samym w sobie, chodziło mi o napisanie powieści współczesnej, a naszą misz-maszową rzeczywistość trudno oddać w sposób jednorodny. Rok 2007, w którym dzieje się akcja książki, należał do wielu różnych dziwacznych porządków, bo oprócz najbardziej podstawowego porządku politycznego, była cała masa symbolicznych wydarzeń już z porządku niemalże teologicznego. No bo rok, który zaczyna się podejrzeniami wobec arcybiskupa Wielgusa o współpracę z SB, a kończy eksmisją zbuntowanych betanek z Kazimierza, nie był normalny, więc i powieść taka być nie mogła. Zaczyna się bardzo realistycznie, a kończy absurdem, hiperbolą rzeczywistości. Natomiast element powieści z kluczem jest pochodną dziennikarskości tej książki, napisanej w sposób ultrarealistyczny, gdzie zgadza się pogoda, zgadzają się fakty prasowe w danych dniach i musi zgadzać się Lublin, stąd czytelne postaci niektórych dziennikarzy czy dawnych opozycjonistów.

Wątek polityczny ukrył pan pod łatwymi do rozszyfrowania kryptonimami jak partia Brona, Renata Gerber czy przewodniczący Repel. Nie bał się pan, że za rok, dwa już nikt nie będzie pamiętał, kto to był?

- Tak, bałem się. Tym bardziej, że proces powstawania tej książki był dosyć długi. "Officium Secretum" zacząłem pisać w 2008 r., ale z powodu zawirowań, takich jak zmiana wydawcy, umówienie się na nową powieść, skończyłem ją pisać w roku ubiegłym. Skończyłem i pomyślałem: nikt nie będzie wiedział, o co mi chodziło. Ale rzeczywistość niespodziewanie wyciągnęła do mnie rękę . Jest początek sierpnia 2010, ja wciąż w strachu, a tu mamy krzyż na warszawskim Krakowskim Przedmieściu i nagle wszystko się przypomina. Wydarzenia z powieści zyskują nowy kontekst polityczny i symboliczny.

Może nawet nie jest istotne, żeby czytelnicy kojarzyli Repela czy Bronę, ale są w książce odwołania do konkretnych skandali politycznych, jak taśmy Renaty Beger czy Palikot wymachujący wibratorem. Te wydarzenia są już trochę zapomniane, a za chwilę będą nieczytelne. Nie boi się pan, że ta powieść - ciekawa i nieźle napisana - będzie miała przez to krótki żywot?

- Moim zdaniem poziom aluzji jest na tyle poboczny, że książkę nawet przy ich nieczytelności wciąż da się dobrze czytać dla fabuły. To jest zresztą pytanie jednej z recenzentek, czy ta powieść nie będzie wymagała dodania stu stron przypisów, jeżeli ktoś zechcę ją przełożyć np. na angielski. Z zarzutem, że "Officium Secretum" byłoby trudne w tłumaczeniu, muszę się zgodzić, ale sądzę, że dla polskiego czytelnika tak czy siak będzie ono komunikatywne. Bo nawet jeżeli nie będzie pamiętał taśm, czy sztucznego penisa, to polski czytelnik jest przyzwyczajony, że w polityce dzieją się cuda, więc po prostu przeczyta to jako jeden z takich cudów. Bo "oni" przecież zawsze robią cuda. Politycy to zawsze "oni", nie my.

Nie ma pan wrażenia, że Polacy są już umęczeni polityką i politykami, którzy nie dają od siebie odpocząć?

- Sam jestem polityką zmęczony, nie lubię polityki i jak przystało na Polaka z krwi i kości, nie uważam polityków za ten sam gatunek ludzki, który ja sam reprezentuję. To są Marsjanie, więc moi wrogowie, toteż doskonale rozumiem takie podejście czytelnika. Ale ja napisałem powieść właśnie o tych Marsjanach i o tym, że ich nie lubimy. Myślę więc, że tu czytelnik mnie zrozumie. A po drugie, oprócz ludzi polityką zmęczonych, są przecież ludzie polityką masochistycznie, perwersyjnie zainteresowani. I dla nich z kolei ta książka może być czymś ciekawszym niż mój cykl kryminałów retro o lubelskim komisarzu Maciejewskim.

Jak się panu ta polska polityka skojarzyła z "Imieniem róży"? Bo w "Officium Secretum" widać wyraźne nawiązania do słynnej powieści Umberto Eco.

- Zanim postanowiłem napisać "Officium Secretum", jeszcze w roku 2007, który mnie tak inspirował, właśnie o "Imieniu róży" pomyślałem patrząc w telewizor i obserwując wydarzenia polityczne. Było to skojarzenie symboliczno - kulturowe.

Mówi pan o tym co działo się w Kościele, o sprawie Wielgusa i betankach?

- Tak, ale i o wydarzeniach politycznych. Mieliśmy przecież jakiś rodzaj rewolucji chłopskiej, która bardzo wysoko zawędrowała, mieliśmy herezję, mieliśmy domniemaną zdradę wysokiego dostojnika Kościoła. To wszystko wyglądało na "Imię róży". Brakowało tylko Wilhelma z Baskerville, który przyjdzie i w tym nieładzie zacznie szukać jakiegoś porządku. A druga rzecz, że kiedy już o tym pomyślałem, to założyłem, też że "Officium Secretum" będzie cyklem przynajmniej trzech powieści i napiszę je tak, aby każda nawiązywała, czy to w sposób aluzyjny, czy to prześmiewczy do bardzo znanych książek traktujących o Kościele. Teraz jest Umberto Eco, w następnej może być Dan Brown. I nie chodzi tu o dyskusję czy o podczepianie się pod autora. Chociaż piszę powieści popularne, to w duszy jestem postmodernistą i bardzo lubię, gdy literatura mnie bawi i lubię też bawić się literaturą.

To widać, bo wątki skojarzone z "Imieniem róży", są trochę a rebours...

- Między innymi dlatego, że gdy myślałem o polskiej rzeczywistości w kategoriach pióra Umberta Eco, to od razu widać było tę różnicę, że bohaterowie "Imienia róży" walczą o Arystotelesa, a o co my walczymy? O ubeckie teczki. W związku z tym jeżeli naszym Arystotelesem są donosy, jakieś parszywe kalumnie, to kim jesteśmy? Jesteśmy bohaterami "Imienia róży" a rebours, jesteśmy po prostu spsiali, stąd te nawiązania mają taki charakter. To są rzeczy wynikające z literackiej zabawy, ale też z mojego oglądu rzeczywistości

W tym spsiałym świecie broni się postać głównego bohatera pańskiej książki - ojca doktora Marka Glińskiego, tajnego wysłannika Watykanu. Na początku wydaje się cynicznym funkcjonariuszem kościelnych specsłużb, ale odkrywamy, że to postać o wiele bardziej skomplikowana.

- Fakt, na początku jest Jamesem Bondem z koloratką. Ale on po prostu musi być pogubiony! Inaczej trudno sobie wyobrazić uczciwego człowieka w nieuczciwej sytuacji, który mimo wszystko stara się jak najlepiej spełnić swoje zadanie, czyli zadowolić zwierzchników, a zarazem być wierny swojemu sumieniu. A gdy w dodatku pojawiają się cienie przeszłości, żywe wyrzuty sumienia jak w moralitecie, to Gliński gubi się w tym jeszcze bardziej. Chodziło mi o pokazanie zakonnika, a zarazem watykańskiego agenta, czyli takiego duchownego, który nie jest jakimś poczciwym ojcem Mateuszem z serialu, tylko duchownym cokolwiek podejrzanym. Musiałem szukać odpowiednich kluczy, aby pokazać, w jaki sposób postępując źle ojciec Gliński chciał służyć dobru. Ale wydaje mi się, że mimo wszystko jest to postać sympatyczna, ja go bardzo polubiłem. Myślę, że w kolejnych książkach będzie robić rzeczy przynajmniej kontrowersyjne, ale i tak obracające się w dobro. To także wynik jego głębokiej wiary.

Skomplikowanie Glińskiego jest tym bardziej widoczne, że działa na tle pozostałych postaci, które zostały zarysowane wyraziście, ale schematycznie. Taki schematyczny jest policjant - były esbek czy dziennikarz Stawek.

- Gliński psychologią góruje nad innymi postaciami, ale pamiętajmy, że jest to książka z półki "literatura popularna", a ona bazuje na postaciach typowych, obdarzonych dwiema - trzema cechami, dzięki czemu czytelnik czyta szybko, nie gubi się, śledzi akcję. Natomiast, gdy powieść popularna ma ambicje do cykliczności, to wówczas postać wiodąca musi być obdarzona czymś znacznie więcej niż cechą "jest przystojny", "jest inteligentny", czy "umie strzelać". Zabieg jest więc zamierzony, bo czytelnik musi wiedzieć kto jest tu głównym bohaterem.

Książka jest dobrze skonstruowana, zręcznie przechodzi z jednego miejsca akcji do drugiego, trzyma w napięciu, ale jest kilka chwytów, które wydały mi się słabością konstrukcyjną. Chodzi mi o to, że zbyt często bohaterowie dowiadują się ważnych rzeczy przypadkowo, podsłuchując rozmowy lub podpatrując tajemne spotkanie. Wydało mi się to pójściem na łatwiznę, bo w życiu tak się nie dowiadujemy ważnych rzeczy.

- Jest cechą literatury sensacyjnej, że mnoży ona sytuacje prawdopodobne, ale niezmiernie rzadkie, żeby akcję przyspieszyć. W rzeczywistości od zbrodni, przez śledztwo do osądzenia upływają lata, w książce trzeba wydarzenia zagęścić. Poza tym bohaterowie obserwując ojca Glińskiego kręcą się w tych samych miejscach, więc mają większe szanse na podpatrzenie czy podsłuchanie czegoś niż przypadkowy przechodzień.

Pańska powieść zaskakuje czytelnika, bo spotyka w niej jakieś postaci i wydarzenia, które później okazują się czym innym niż wydawały się na początku. To przerysowanie doprowadza do prześmiewczych konkluzji, ale na koniec jednak zostawia pan czytelnika z niepokojącą sugestią, że poza sferą śmiesznych polityków, jest ta ciemna siła, która porusza sprężynki.

- Wydawało mi, że - zwłaszcza w Polsce - jesteśmy przekonani, iż ktoś sprężynkami porusza. Jedni nazywają go szatanem, inni - Żydem lub masonem. Jest to przecież książka o zakulisowych działaniach watykańskiego wywiadu, a skoro Kościół istnieje dwa tysiące lat, to dowodzi nie tylko istnienia Boga. Także skuteczności ludzi działających w Jego imieniu.

Rozmawiała Danuta Majka



Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 5 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Polub nas na Facebooku