Albo coś działa, albo nie
2010-03-10
, aktualizacja: 10.03.2010 18:35
Z Nataszą Ziółkowską-Kurczuk* rozmawia Grzegorz Józefczuk
ZOBACZ TAKŻE
- "Afisz" ma 10 lat. Będą wspominki i pokaz nowego filmu (09-03-10, 18:35)
"W Nowicy na końcu świata" - to nowy film Nataszy Ziółkowskiej-Kurczuk. Premiera odbyła się wczoraj na jubileusz 10-lecia prowadzonego przez Ziółkowską programu kulturalnego "Afisz". O filmie, teatrze, kulturze i Lublinie opowiada autorka
Grzegorz Józefczuk: Dlaczego zaciekawiło panią to miejsce - wieś Nowica w Beskidzie Niskim? Jest bardzo inne od lubelskich wiosek?
Natasza Ziółkowska-Kurczuk: - Szczerze mówiąc, nie znam wiosek lubelskich. Nowica to niezwykła wieś i nie ma znaczenia, że ona jest i zawsze była łemkowska. To, że ta wieś jest w takim miejscu, odcięta od świata, między górami, że do niedawna prowadziła do niej jedna droga - to spowodowało, że ludzie musieli tam żyć w określony sposób. Na przykład być samowystarczalnymi przez długie zimowe tygodnie. Każdy sobie żyje, specjalnie do sąsiada się nie wtrąca, ale jak trzeba, to oni potrafią sobie poradzić i pomóc. Kiedy ta wieś zaczęła się wyludniać, trafili tam różni tacy "odszczepieńcy". I kiedy chciano tam zlikwidować szkołę, mieszkańcy się do tych przyjezdnych zwrócili o pomoc w ratowaniu szkoły. Stworzyli stowarzyszenie i dzięki temu szkoła i wieś przetrwały. To chyba najmniejsza szkoła w Europie, działa na przemian z taką samą w sąsiedniej wsi, uczy się tam w pierwszych klasach dwoje, troje dzieci. Wcześniej też tam się sporo działo, były organizowane ad hoc zjazdy muzyków, od 20 lat kolęduje tam Teatr Węgajty, to była też jedna z pierwszych wiosek, do których trafił teatr Gardzienice. Są nawet zdjęcia z początku lat 80, kiedy były tam Gardzienice. Gardzienice mają przyjechać znowu w tym roku na festiwal teatralny, który odbywa się od kilku lat.
Poligon zamkniętego mikrokosmosu społecznego. Wioska autentyczna jako laboratorium kulturowe, gdzie wszyscy zaglądają. Nie ma obaw, że wszystko zmieni się w nowy rodzaj cepeliady?
- Na razie nie, być może przez to, że jednak tam jest trudno. Poza tym, mimo wszystko ta wieś jest bardzo tolerancyjna. Jest tam może 40 domów i... dziesięć wyznań. A to niebywałe jak na polskie warunki i jak na tak małą społeczność. I są różne narodowości, na przykład na fali posthippisowskiej przyjechała i została Niemka. Staje czasami wigwam, gdzie mieszkają Austriacy. Jest dużo ludzi ze Śląska, są górale nasiedleni z Podhala. Ta wioska skupia wielu różnych ludzi, wiele klimatów, przestrzeni - i chyba rzadko znajduje się u nas takie miejsce. Wacek Sobaszek z Węgajt powiedział, że o dziwo okazało się, że to sztuka ma taką moc sprawczą, że ta wieś przetrwała, bo inaczej ludzie przenieśliby się do miasta albo wioska by po prostu wymierała jak w wiele innych w pobliżu, gdzie zostało po kilka domów. Paradoksalnie, napływowi kupują stare chyże i doprowadzają je do użytku, zaś miejscowi wolą betonowe domy, bo tam nie mają szans zagnieździć się myszy i dlatego, że to jest przejaw dobrobytu. Ale w Nowicy nie ma ogrodzeń. Jest chyba tylko jedno, ktoś napływowy najpierw ogrodził teren i postawił latarnię - i to jest taki straszny wtręt w ten krajobraz. Mieszkają również kangury, czyli dawni harcerze, którzy trafili do biznesu, kupują tu domy i starają się pomagać wiosce.
Model współistnienia natury z kapitałem?
- I dwóch światów, ludzi miejscowych z tymi, którzy przyjeżdżają. Nie zawsze to odbywa się elegancko, ale jakoś dają sobie radę.
No właśnie, kiedy pani myśli o filmie, to woli widzieć w nim krajobraz wiejski czy miejski?
- Nie ten kierunek myślenia. Po prostu, albo mnie coś zainteresuje, albo nie. Jak ta Nowica, wieś, która jest jedyna. Interesuje mnie spojrzenie socjologiczne, ocieranie się między kulturami, styk kultury i społeczeństwa i to, co tam się dzieje za pomocą na przykład teatru. Byłam kiedyś w takiej wiosce, gdzie funkcjonował teatr, gdzie zachowała się autentyczna kultura. Ludzie zbierają się w starej karczmie, która ma klepisko, i po prostu grają. I jak jest koncert, to taki, na jakim w życiu nie byłam. I jest facet nieco pijany, ale jak zagra - to jak Chopin. To jest rodzaj spotkania, wszyscy się skrzykują i wiedzą, że trzeba tam przyjść. My, żeby zrobić koncert, najpierw musimy wymyślić plakaty.
Kultura autentyczna, wiejska, a na drugim biegunie - kultura wysoka i wyrafinowana. Ktoś czy coś panią na tym drugim biegunie ostatnio zainteresowało?
- Myślę, że cały czas - Tomasz Stańko. Nie byłam na koncercie w Lublinie Jana Garbarka, ale pewnie tak, on też by mnie oczarował. To jest jednak wielka klasa, Grabarek i Stańko.
Czyli, jeżeli kultura - to muzyka?
- Niekoniecznie, akurat teraz tak jest. Do niedawna najbardziej działała na mnie grająca fontanna w Dusznikach. Coś niezwykłego, chociaż może to trochę infantylne, trochę zwykłej wody i światła - a jednak to działa. Żałuję, że w Lublinie zrezygnowano z fontann. Takich przeżyć na pewno nie daje mi obecnie nic teatralnego. Nic teatralnego nie powaliło mnie jak w latach 80. Teatr Ósmego Dnia. Takiej siły rażącej nie miał już żaden spektakl, jaki potem widziałam, chyba że przedstawienia Oskarasa Korsunovasa. I nie jest to tylko kwestia mojej młodości ani kontekstu politycznego, chodzi o język teatralny, o to, co oni robili z przestrzenią teatru, o konsekwencję w teatrze. O Ósemkach pisałam pracę magisterską.
Teatr to bardziej kwestia osoby, na którą spływa ten dar, że potrafi poruszyć innych, czy sprawa czasu, który kreuje dla teatru nośny kontekst?
- Nie, myślę, że to jest trochę chyba inaczej. Teatr ma o tyle sens, o ile jest tu i teraz, kiedy podejmuje jakieś problemy, a kiedy tego nie robi, to jest martwy. Ponieważ teatr jest komunikatem bezpośrednim, to musi być bezpośrednia relacja widz-aktor. Jeżeli nie ma tego komunikatu, to nie ma teatru - tego mnie nauczono na kulturoznawstwie w Poznaniu i ja w to wierzę. Oprócz tego, teatr to jest ruch i rytm.
Lublin to jest miasto, które specjalizuje się w jakiejś dyscyplinie kultury?
- Czy jest zagłębiem teatralnym? Próbuje się specjalizować w teatrze. Tylko że mnie to mało przekonuje, bo ja jestem niestety z Poznania, a tam była Opera i Polski Teatr Tańca, który w latach 80. robił coś, czego nikt w Polsce nie robił. Ja widziałam wiele spektakli, nie tylko Petera Schumanna, teatru Jerzego Grotowskiego czy Ósemek.
Kiedy czasami wraca pani do Poznania, to czy z Poznania widać Lublin?
- Nie. Szczerze mówiąc, chwilami chciałabym tam wrócić. Tam się łatwiej żyje. Zrobił się Poznań takim miastem dobrze skomunikowanym, łatwo się po nim poruszać, w sensie kulturalnym też się wiele dzieje. Jest też trochę fundacji, rzeczywistych mecenasów kultury, jak ta, którą prowadzi Grażyna Kulczyk. Oni kreują pewne wydarzenia. U nas tego nie ma, brakuje tego prawdziwego mecenatu...
A Janusz Palikot, który próbował? Nie zbudował wprawdzie jak Grażyna Kulczyk Centrum Biznesu i Sztuki, ale zaoferował kiedyś na festiwal Konfrontacje Teatralne jedną z sal Polmosu.
- Te Konfrontacje Teatralne, które dotyczyły Gombrowicza i korzystały z przestrzeni industrialnej w Polmosie, były fajne, ta przestrzeń działała. I tamta wystawa na placu Litewskim - też działała. I to powinno iść w tę stronę.
Więc jest pani trochę na wygnaniu?
- Jestem. Ale jak pytam ludzi z Poznania, mówią, że nic się u nich nie dzieje. A w Łodzi mówią, że w Łodzi jest tragicznie. Dobrze jest się uczyć od innych.
Powiedziała pani o stałym marzeniu, o filmie fabularnym. Ośmielę się zapytać, to miałby być romans, dramat społeczny czy kryminał?
- To byłaby taka "Amelia" po polsku.
* Reżyser i dziennikarz, pracownik naukowy; absolwentka UAM w Poznaniu (na kierunkach nauki polityczne i kulturoznawstwo) oraz PWSFTviT w Łodzi (na wydziale reżyserii filmowej i telewizyjnej).
Grzegorz Józefczuk: Dlaczego zaciekawiło panią to miejsce - wieś Nowica w Beskidzie Niskim? Jest bardzo inne od lubelskich wiosek?
Natasza Ziółkowska-Kurczuk: - Szczerze mówiąc, nie znam wiosek lubelskich. Nowica to niezwykła wieś i nie ma znaczenia, że ona jest i zawsze była łemkowska. To, że ta wieś jest w takim miejscu, odcięta od świata, między górami, że do niedawna prowadziła do niej jedna droga - to spowodowało, że ludzie musieli tam żyć w określony sposób. Na przykład być samowystarczalnymi przez długie zimowe tygodnie. Każdy sobie żyje, specjalnie do sąsiada się nie wtrąca, ale jak trzeba, to oni potrafią sobie poradzić i pomóc. Kiedy ta wieś zaczęła się wyludniać, trafili tam różni tacy "odszczepieńcy". I kiedy chciano tam zlikwidować szkołę, mieszkańcy się do tych przyjezdnych zwrócili o pomoc w ratowaniu szkoły. Stworzyli stowarzyszenie i dzięki temu szkoła i wieś przetrwały. To chyba najmniejsza szkoła w Europie, działa na przemian z taką samą w sąsiedniej wsi, uczy się tam w pierwszych klasach dwoje, troje dzieci. Wcześniej też tam się sporo działo, były organizowane ad hoc zjazdy muzyków, od 20 lat kolęduje tam Teatr Węgajty, to była też jedna z pierwszych wiosek, do których trafił teatr Gardzienice. Są nawet zdjęcia z początku lat 80, kiedy były tam Gardzienice. Gardzienice mają przyjechać znowu w tym roku na festiwal teatralny, który odbywa się od kilku lat.
Poligon zamkniętego mikrokosmosu społecznego. Wioska autentyczna jako laboratorium kulturowe, gdzie wszyscy zaglądają. Nie ma obaw, że wszystko zmieni się w nowy rodzaj cepeliady?
- Na razie nie, być może przez to, że jednak tam jest trudno. Poza tym, mimo wszystko ta wieś jest bardzo tolerancyjna. Jest tam może 40 domów i... dziesięć wyznań. A to niebywałe jak na polskie warunki i jak na tak małą społeczność. I są różne narodowości, na przykład na fali posthippisowskiej przyjechała i została Niemka. Staje czasami wigwam, gdzie mieszkają Austriacy. Jest dużo ludzi ze Śląska, są górale nasiedleni z Podhala. Ta wioska skupia wielu różnych ludzi, wiele klimatów, przestrzeni - i chyba rzadko znajduje się u nas takie miejsce. Wacek Sobaszek z Węgajt powiedział, że o dziwo okazało się, że to sztuka ma taką moc sprawczą, że ta wieś przetrwała, bo inaczej ludzie przenieśliby się do miasta albo wioska by po prostu wymierała jak w wiele innych w pobliżu, gdzie zostało po kilka domów. Paradoksalnie, napływowi kupują stare chyże i doprowadzają je do użytku, zaś miejscowi wolą betonowe domy, bo tam nie mają szans zagnieździć się myszy i dlatego, że to jest przejaw dobrobytu. Ale w Nowicy nie ma ogrodzeń. Jest chyba tylko jedno, ktoś napływowy najpierw ogrodził teren i postawił latarnię - i to jest taki straszny wtręt w ten krajobraz. Mieszkają również kangury, czyli dawni harcerze, którzy trafili do biznesu, kupują tu domy i starają się pomagać wiosce.
Model współistnienia natury z kapitałem?
- I dwóch światów, ludzi miejscowych z tymi, którzy przyjeżdżają. Nie zawsze to odbywa się elegancko, ale jakoś dają sobie radę.
No właśnie, kiedy pani myśli o filmie, to woli widzieć w nim krajobraz wiejski czy miejski?
- Nie ten kierunek myślenia. Po prostu, albo mnie coś zainteresuje, albo nie. Jak ta Nowica, wieś, która jest jedyna. Interesuje mnie spojrzenie socjologiczne, ocieranie się między kulturami, styk kultury i społeczeństwa i to, co tam się dzieje za pomocą na przykład teatru. Byłam kiedyś w takiej wiosce, gdzie funkcjonował teatr, gdzie zachowała się autentyczna kultura. Ludzie zbierają się w starej karczmie, która ma klepisko, i po prostu grają. I jak jest koncert, to taki, na jakim w życiu nie byłam. I jest facet nieco pijany, ale jak zagra - to jak Chopin. To jest rodzaj spotkania, wszyscy się skrzykują i wiedzą, że trzeba tam przyjść. My, żeby zrobić koncert, najpierw musimy wymyślić plakaty.
Kultura autentyczna, wiejska, a na drugim biegunie - kultura wysoka i wyrafinowana. Ktoś czy coś panią na tym drugim biegunie ostatnio zainteresowało?
- Myślę, że cały czas - Tomasz Stańko. Nie byłam na koncercie w Lublinie Jana Garbarka, ale pewnie tak, on też by mnie oczarował. To jest jednak wielka klasa, Grabarek i Stańko.
Czyli, jeżeli kultura - to muzyka?
- Niekoniecznie, akurat teraz tak jest. Do niedawna najbardziej działała na mnie grająca fontanna w Dusznikach. Coś niezwykłego, chociaż może to trochę infantylne, trochę zwykłej wody i światła - a jednak to działa. Żałuję, że w Lublinie zrezygnowano z fontann. Takich przeżyć na pewno nie daje mi obecnie nic teatralnego. Nic teatralnego nie powaliło mnie jak w latach 80. Teatr Ósmego Dnia. Takiej siły rażącej nie miał już żaden spektakl, jaki potem widziałam, chyba że przedstawienia Oskarasa Korsunovasa. I nie jest to tylko kwestia mojej młodości ani kontekstu politycznego, chodzi o język teatralny, o to, co oni robili z przestrzenią teatru, o konsekwencję w teatrze. O Ósemkach pisałam pracę magisterską.
Teatr to bardziej kwestia osoby, na którą spływa ten dar, że potrafi poruszyć innych, czy sprawa czasu, który kreuje dla teatru nośny kontekst?
- Nie, myślę, że to jest trochę chyba inaczej. Teatr ma o tyle sens, o ile jest tu i teraz, kiedy podejmuje jakieś problemy, a kiedy tego nie robi, to jest martwy. Ponieważ teatr jest komunikatem bezpośrednim, to musi być bezpośrednia relacja widz-aktor. Jeżeli nie ma tego komunikatu, to nie ma teatru - tego mnie nauczono na kulturoznawstwie w Poznaniu i ja w to wierzę. Oprócz tego, teatr to jest ruch i rytm.
Lublin to jest miasto, które specjalizuje się w jakiejś dyscyplinie kultury?
- Czy jest zagłębiem teatralnym? Próbuje się specjalizować w teatrze. Tylko że mnie to mało przekonuje, bo ja jestem niestety z Poznania, a tam była Opera i Polski Teatr Tańca, który w latach 80. robił coś, czego nikt w Polsce nie robił. Ja widziałam wiele spektakli, nie tylko Petera Schumanna, teatru Jerzego Grotowskiego czy Ósemek.
Kiedy czasami wraca pani do Poznania, to czy z Poznania widać Lublin?
- Nie. Szczerze mówiąc, chwilami chciałabym tam wrócić. Tam się łatwiej żyje. Zrobił się Poznań takim miastem dobrze skomunikowanym, łatwo się po nim poruszać, w sensie kulturalnym też się wiele dzieje. Jest też trochę fundacji, rzeczywistych mecenasów kultury, jak ta, którą prowadzi Grażyna Kulczyk. Oni kreują pewne wydarzenia. U nas tego nie ma, brakuje tego prawdziwego mecenatu...
A Janusz Palikot, który próbował? Nie zbudował wprawdzie jak Grażyna Kulczyk Centrum Biznesu i Sztuki, ale zaoferował kiedyś na festiwal Konfrontacje Teatralne jedną z sal Polmosu.
- Te Konfrontacje Teatralne, które dotyczyły Gombrowicza i korzystały z przestrzeni industrialnej w Polmosie, były fajne, ta przestrzeń działała. I tamta wystawa na placu Litewskim - też działała. I to powinno iść w tę stronę.
Więc jest pani trochę na wygnaniu?
- Jestem. Ale jak pytam ludzi z Poznania, mówią, że nic się u nich nie dzieje. A w Łodzi mówią, że w Łodzi jest tragicznie. Dobrze jest się uczyć od innych.
Powiedziała pani o stałym marzeniu, o filmie fabularnym. Ośmielę się zapytać, to miałby być romans, dramat społeczny czy kryminał?
- To byłaby taka "Amelia" po polsku.
* Reżyser i dziennikarz, pracownik naukowy; absolwentka UAM w Poznaniu (na kierunkach nauki polityczne i kulturoznawstwo) oraz PWSFTviT w Łodzi (na wydziale reżyserii filmowej i telewizyjnej).
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Albo coś działa, albo nie
euro012
13.03.10, 22:00
ciekawa wielokierunkowość myślenia... szkoda tylko, że Lublin jest taką straszną pustynią w zakresie mecenatu prywatnego... Pan Palikot okazał się w tym temacie zupełnym nieporozumieniem...»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Znikała dzielnica żydowska. Powstawało ...
- Lublin z lotu ptaka. Niesamowite zdjęcia ...
- Co już lata nad naszym lotniskiem? Zobacz ...
- Nowy adres na klubowej mapie miasta. ZOBACZ
- UMCS. Rektor-elekt o karaniu za picie ...
- Jak pić to na salonie miasta. Na deptaku, ...
- Nowy most kolejowy nad Bystrzycą wjeżdża ...




więcej zdjęć