Sprawdzanie mapy
28.08.2009
, aktualizacja: 28.08.2009 22:56
Mapy mają swoje przygody, mapy także rodzą przygody - pisze ks. Alfred Marek Wierzbicki*.
Wspominam sprzed dwudziestu prawie lat podróż do Hiszpanii, podczas której posiadanie mapy w języku kastylijskim stało się powodem zabłądzenia w Katalonii, gdzie drogowskazy oznajmiały trasę jedynie w umiłowanym bezgranicznie rodzimym języku katalońskim. A zapytani w barze mężczyźni, zaczęli toczyć między sobą tak rozgorzały spór o to, którędy należy jechać do San Sebastian, że rozsądne wydało się nie zdawać na radę żadnej z partii i jechać po prostu przed siebie górskimi drogami.
Otrzymałem niedawno mapę "Bruno Schulz i Drohobycz", opracowaną przez Jerzego Jacka Bojarskiego. Postanowiłem ją sprawdzić i wybrałem się do Drohobycza.
Przestrzega sam Bruno Schulz, aby nie dowierzać żadnej mapie Drohobycza. O jakim to mieście pisze? "Zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i swą nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji". Pomyślałem, ależ śmiałek ten Bojarski, subiekt czy ktoś podobny w naszej Miejskiej Bibliotece Publicznej.
Właściwie po co jechać do Drohobycza, skoro cały Drohobycz, przetworzony w wyobraźni artysty, schował się w jego prozie i może jak zasuszony barwny motyl, jak ożywająca pod wpływem kropli wody róża pustyni, przetrwać wszystkie katastrofy dziejowe i kosmiczne? A jednak istnieje potrzeba dotknięcia i zobaczenia. I to ona mnie wiodła, narażając także na ryzyko zburzenia mitu przez realną rzeczywistość.
Drohobycz przemówił do mnie głosami. Ale czy to znowu nie Schulz? Potrafił on nawet z architektury wydobyć muzykę. "Tak wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cienie po wszystkich domach, jak po klawiszach".
Słuchałem dzwonów cerkwi i kościołów. Zegara, jak bije na całe miasto i jak tyka jego mechanizm na wysokiej wieży ratuszowej. Podczas nabożeństwa za zmarłych w grekokatolickiej cerkwi katedralnej, wsłuchując się w błagania panichidy, modliłem się za przedwcześnie zmarłego Igora Menioka, współorganizatora ośrodka badań nad twórczością Brunona Schulza na Uniwersytecie w Drohobyczu. W kościele św. Bartłomieja, zbudowanym w czasach Jagiełły, w pobliżu którego zginął Bruno Schulz, zastrzelony w 1942 roku przez hitlerowca, modliłem się w ciszy za pisarza, który żył wizją przyjścia Mesjasza.
Przemawia tu bogata kultura, zakorzeniona w różnych tradycjach. Drewniane cerkwie św. Jura i św. Krzyża oraz gotycki kościół św. Bartłomieja świadczą o dwóch płucach chrześcijaństwa.
W miejscu, gdzie ustało tragicznie zniszczone życie religijne, do głosu zdaje się dochodzić przyroda. Nie potrafię być egzegetą tej mowy, ale bardzo mnie ona przejmuje. Kilkakrotnie wracałem do nieczynnej synagogi. Była największą synagogą w Galicji. Zamknięta przez Niemców, zamieniona na sklep meblowy w czasach sowieckich, teraz jest widmem, które reszta żyjących Żydów próbuje przywrócić do istnienia. Położyli nowy dach, ale w oknach wciąż tkwią porozbijane szyby, a na ścianach poszarpane przez czas i zdrapywane przez złych ludzi, święte hebrajskie teksty.
W tym smutnym miejscu, domagającym się opłakiwania, usłyszałem głosy, które być może gdzie indziej wydałyby się banalne lub bez treści. Rano i wieczorem nad synagogą, na której szczycie kruszą się tablice Dekalogu, przelatują wrony. Schulz widział je jako "żywe czarne liście obsiadające gałęzie drzew". Wrony żyją krótko, normalnie krócej niż ludzie. Nie ma już wron z czasów, gdy budowano synagogę w pełnym obietnic i nadziei XIX wieku. Nie ma już wron z czasów, gdy Schulz opuszczał gminę żydowską, aby ożenić się z Żydówką katoliczką, ale nawet gorąca miłość nie wystarczyła, aby doszło do małżeństwa, jakby jego życie miało być naznaczone do końca cierpieniem i samotnością. Nie ma tamtych wron, ale pozostaje zjawisko, bardziej trwałe niż pogmatwane historie ludzkie. Wokół synagogi pod wieczór szczekają bezpańskie psy.
Cieszyłem się spotkaniem ze świadkami życia Brunona Schulza. Alfred Schreyer był jego uczniem, Apolonia Urbanowicz-Kluger pracowała na poczcie i tam spotykała pisarza. Rzadko wyjeżdżał, a ze światem utrzymywał kontakt wysyłając listy, które Jerzy Ficowski zebrał w "Księdze listów", dopełniającej niewielkie pod względem objętości dzieło autora "Sklepów cynamonowych" i "Sanatorium pod klepsydrą".
W swych opowiadaniach umieścił wiele realiów Drohobycza, ale zwiedzając miasto, które w całości jest muzeum Schulzowskim, należy pamiętać, że ono tu jest i nie ma go tu. Fakt, że proza Schulza przetłumaczona została na 40 języków, świadczy, że mówi ona nie tylko o Drohobyczu. Stojąc przed skromnym domem na zacisznej ulicy Floriańskiej, gdzie powstawały jego opowiadania, dochodziła do mnie myśl o uniwersalnej topografii tego miejsca, które stworzyło uniwersalny idiom artystyczny.
Spotykając drohobyczan kultywujących pamięć Brunona Schulza, a jest ich cały zastęp, miałem wrażenie, że nie wyjechałem daleko z Lublina. Żywe wspomnienia budzi postać profesora Władysława Panasa, który swą fascynacją Schulzem zarażał wszędzie, gdzie się pojawiał, ale w Drohobyczu był wszechmocnym demiurgiem od Schulza. Cenią tu poświęcone plastycznej twórczości Schulza prace Małgorzaty Kitowskiej-Łysiak. Nie potrafią wyobrazić sobie organizacji Festiwalu Brunona Schulza bez fantazji i zaangażowania Grzegorza Józefczuka. Lubelscy twórcy Bartek Michałowski, Andrzej Widelski i Benek Homziuk zapewne będą mieli kiedyś tu swe ulice, na razie drohobyczanie kontentują się znajomością ich obrazów i rysunków.
Cóż powiedzieć o Jurku Bojarskim, który nie tylko podarował mi swą mapę, ale cierpliwie towarzyszył w podróży do Drohobycza? Wspomina, że wielokrotnie przyjeżdżał jako szofer Władka Panasa i zna swoje miejsce w szeregu szulcologów. Cóż, jeśli miejsce jest nawet skromne, nie przestaje ono być wyjątkowe poprzez połączenie pasji i metody. Mapa Bojarskiego zawiera fotografie szulcowskich obiektów, opatrzone rozbudowaną legendą, weryfikowaną krytycznie przez liczne źródła: publikacje dawne i współczesne, wywiady, przygodne rozmowy. To potrafi zrobić każdy rzetelny historyk, ale Bojarski włożył coś naprawdę niepowtarzalnego, sprawdził każdy kąt na własnych nogach. Czy ktoś przed nim liczył kaflowe piece w zabytkowej willi prezydenta Jarosza?
*Ks. prof. Alfred Marek Wierzbicki jest dyrektorem Instytutu Jana Pawła II i prorektorem Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie
Otrzymałem niedawno mapę "Bruno Schulz i Drohobycz", opracowaną przez Jerzego Jacka Bojarskiego. Postanowiłem ją sprawdzić i wybrałem się do Drohobycza.
Przestrzega sam Bruno Schulz, aby nie dowierzać żadnej mapie Drohobycza. O jakim to mieście pisze? "Zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i swą nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji". Pomyślałem, ależ śmiałek ten Bojarski, subiekt czy ktoś podobny w naszej Miejskiej Bibliotece Publicznej.
Właściwie po co jechać do Drohobycza, skoro cały Drohobycz, przetworzony w wyobraźni artysty, schował się w jego prozie i może jak zasuszony barwny motyl, jak ożywająca pod wpływem kropli wody róża pustyni, przetrwać wszystkie katastrofy dziejowe i kosmiczne? A jednak istnieje potrzeba dotknięcia i zobaczenia. I to ona mnie wiodła, narażając także na ryzyko zburzenia mitu przez realną rzeczywistość.
Drohobycz przemówił do mnie głosami. Ale czy to znowu nie Schulz? Potrafił on nawet z architektury wydobyć muzykę. "Tak wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cienie po wszystkich domach, jak po klawiszach".
Słuchałem dzwonów cerkwi i kościołów. Zegara, jak bije na całe miasto i jak tyka jego mechanizm na wysokiej wieży ratuszowej. Podczas nabożeństwa za zmarłych w grekokatolickiej cerkwi katedralnej, wsłuchując się w błagania panichidy, modliłem się za przedwcześnie zmarłego Igora Menioka, współorganizatora ośrodka badań nad twórczością Brunona Schulza na Uniwersytecie w Drohobyczu. W kościele św. Bartłomieja, zbudowanym w czasach Jagiełły, w pobliżu którego zginął Bruno Schulz, zastrzelony w 1942 roku przez hitlerowca, modliłem się w ciszy za pisarza, który żył wizją przyjścia Mesjasza.
Przemawia tu bogata kultura, zakorzeniona w różnych tradycjach. Drewniane cerkwie św. Jura i św. Krzyża oraz gotycki kościół św. Bartłomieja świadczą o dwóch płucach chrześcijaństwa.
W miejscu, gdzie ustało tragicznie zniszczone życie religijne, do głosu zdaje się dochodzić przyroda. Nie potrafię być egzegetą tej mowy, ale bardzo mnie ona przejmuje. Kilkakrotnie wracałem do nieczynnej synagogi. Była największą synagogą w Galicji. Zamknięta przez Niemców, zamieniona na sklep meblowy w czasach sowieckich, teraz jest widmem, które reszta żyjących Żydów próbuje przywrócić do istnienia. Położyli nowy dach, ale w oknach wciąż tkwią porozbijane szyby, a na ścianach poszarpane przez czas i zdrapywane przez złych ludzi, święte hebrajskie teksty.
W tym smutnym miejscu, domagającym się opłakiwania, usłyszałem głosy, które być może gdzie indziej wydałyby się banalne lub bez treści. Rano i wieczorem nad synagogą, na której szczycie kruszą się tablice Dekalogu, przelatują wrony. Schulz widział je jako "żywe czarne liście obsiadające gałęzie drzew". Wrony żyją krótko, normalnie krócej niż ludzie. Nie ma już wron z czasów, gdy budowano synagogę w pełnym obietnic i nadziei XIX wieku. Nie ma już wron z czasów, gdy Schulz opuszczał gminę żydowską, aby ożenić się z Żydówką katoliczką, ale nawet gorąca miłość nie wystarczyła, aby doszło do małżeństwa, jakby jego życie miało być naznaczone do końca cierpieniem i samotnością. Nie ma tamtych wron, ale pozostaje zjawisko, bardziej trwałe niż pogmatwane historie ludzkie. Wokół synagogi pod wieczór szczekają bezpańskie psy.
Cieszyłem się spotkaniem ze świadkami życia Brunona Schulza. Alfred Schreyer był jego uczniem, Apolonia Urbanowicz-Kluger pracowała na poczcie i tam spotykała pisarza. Rzadko wyjeżdżał, a ze światem utrzymywał kontakt wysyłając listy, które Jerzy Ficowski zebrał w "Księdze listów", dopełniającej niewielkie pod względem objętości dzieło autora "Sklepów cynamonowych" i "Sanatorium pod klepsydrą".
W swych opowiadaniach umieścił wiele realiów Drohobycza, ale zwiedzając miasto, które w całości jest muzeum Schulzowskim, należy pamiętać, że ono tu jest i nie ma go tu. Fakt, że proza Schulza przetłumaczona została na 40 języków, świadczy, że mówi ona nie tylko o Drohobyczu. Stojąc przed skromnym domem na zacisznej ulicy Floriańskiej, gdzie powstawały jego opowiadania, dochodziła do mnie myśl o uniwersalnej topografii tego miejsca, które stworzyło uniwersalny idiom artystyczny.
Spotykając drohobyczan kultywujących pamięć Brunona Schulza, a jest ich cały zastęp, miałem wrażenie, że nie wyjechałem daleko z Lublina. Żywe wspomnienia budzi postać profesora Władysława Panasa, który swą fascynacją Schulzem zarażał wszędzie, gdzie się pojawiał, ale w Drohobyczu był wszechmocnym demiurgiem od Schulza. Cenią tu poświęcone plastycznej twórczości Schulza prace Małgorzaty Kitowskiej-Łysiak. Nie potrafią wyobrazić sobie organizacji Festiwalu Brunona Schulza bez fantazji i zaangażowania Grzegorza Józefczuka. Lubelscy twórcy Bartek Michałowski, Andrzej Widelski i Benek Homziuk zapewne będą mieli kiedyś tu swe ulice, na razie drohobyczanie kontentują się znajomością ich obrazów i rysunków.
Cóż powiedzieć o Jurku Bojarskim, który nie tylko podarował mi swą mapę, ale cierpliwie towarzyszył w podróży do Drohobycza? Wspomina, że wielokrotnie przyjeżdżał jako szofer Władka Panasa i zna swoje miejsce w szeregu szulcologów. Cóż, jeśli miejsce jest nawet skromne, nie przestaje ono być wyjątkowe poprzez połączenie pasji i metody. Mapa Bojarskiego zawiera fotografie szulcowskich obiektów, opatrzone rozbudowaną legendą, weryfikowaną krytycznie przez liczne źródła: publikacje dawne i współczesne, wywiady, przygodne rozmowy. To potrafi zrobić każdy rzetelny historyk, ale Bojarski włożył coś naprawdę niepowtarzalnego, sprawdził każdy kąt na własnych nogach. Czy ktoś przed nim liczył kaflowe piece w zabytkowej willi prezydenta Jarosza?
*Ks. prof. Alfred Marek Wierzbicki jest dyrektorem Instytutu Jana Pawła II i prorektorem Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć