Podróże (4). Lwów i Drohobycz. Schulz wraca powoli

Grzegorz Józefczuk
2011-09-11 , aktualizacja: 11.09.2011 18:08
A A A Drukuj
Byliśmy w Bukowinie i Besarabii, teraz wracamy do Lwowa. I kończymy podróż w Drohobyczu, mieście Brunona Schulza, który kilka dni temu przegrał w Polsce z Piotrem Skargą konkurencję o tytuł patrona kultury roku 2012.
Galicja, z którą łączy nas tak wiele sentymentów, okazuje się z perspektywy Czernowiec, stolicy Bukowiny i jej małych miasteczek i wiosek, regionem nieco zaniedbanym. W prowincjonalnej Kołomyi centrum jest równiutko wybrukowane i czyste, dziury w drogach są do zniesienia i nie tak liczne. W każdej z tych wiosek, gdzie widać wpływy Rumunii i Mołdawii, znajduje się zadbana studnia publiczna z czystym wiadrem i kubkiem do picia wody.

Ale Lwów ma atuty metropolii. To miasto żywe, tętniące, radosne, przyciągające ludzi - co widać na ulicach. Historyczne Stare Miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kiedy pociągiem z Czerniowiec przyjeżdżamy tu przed szóstą rano i idziemy ulicą Stepana Bandery z dworca do centrum, odkrywamy reklamę sieci knajp, które są czynne całą dobę i zapraszają na śniadanie. Jemy w Pizza Celentano przy ulicy Saksahańskiego, skąd jest pięć minut do pomnika Adama Mickiewicza. Za Mickiewiczem stoi Taras Szewczenko - otwierając prospekt Swobody prowadzący do Opery Lwowskiej. Kiedy coś się dzieje, lwowianie mają zwyczaj zbierać się tutaj i dyskutować o wydarzeniach.

Lwów powoli budzi się do życia. Kto był chociaż raz, wie że do Lwowa można nieustannie wracać znajdując dla siebie coraz to nowe trasy. My najpierw wykonujemy kanoniczną część programu: idziemy do Kawiarni Wiedeńskiej. Podrapiemy po brzuchu Szwejka, który siedzi przy wejściu. Rzut beretem - i jesteśmy na Rynku, sprawdzamy, czy wszystko jest na swoim miejscu, trochę dalej usiądziemy przy ławeczce z Nikiforem. I dopiero teraz idziemy do Muzeum Pinsla znajdującego się w dawnym kościele klarysek przy placu Mytnym (czyli: Celnym).

Zobaczyć Pinsla

Są ludzie, którzy uważają, że tylko Pinsel może rozsławić Lwów na świecie. Iryna Magdysz z opiniotwórczego pisma "Ji" napisała, że imię tego rzeźbiarza i snycerza powinno nosić lotnisko we Lwowie, tak jak imię Chopina nosi warszawskie Okęcie. Dzięki Magdysz, i w ogóle dzięki lwowskim intelektualistom, w 2007 roku Lwów, Tarnopol i Iwanofrankowsk ogłosiły Rok Pinsla. Jednak wielkie pomysły spaliły na panewce, są teraz - jednym z wielu - pretekstem do analiz relacji władz i ludzi kultury, a na Ukrainie nie są to sprawy ani proste ani przejrzyste. Miała być wielka wystawa Pinsla w Krakowie, ale mer Lwowa nie dał przyrzeczonych pieniędzy. Miała być wielka wystawa w Luwrze, a potem nawet w Waszyngtonie, za powiedziana na październik 2011 roku, lecz nic o niej nie słychać - i podobno zamiast 27 rzeźb do kaplicy Ludwika XIV w Luwrze ma pojechać tylko kilka. Za to w ubiegłym roku pamięć o artyście przypomniał dobrze nam w Lublinie znany teatr Voskresinnia Jarosława Fedoryszyna, który przygotował plenerowy spektakl "Misterium Pinsla". Fedoryszyn wyraził wtedy naiwną nadzieję, że jakiś "znak" Pinsla powinien pojawić się w logo ukraińskiego Euro 2012.

Nie wiadomo, kim Pinsel był. Nie wiadomo, skąd pochodził, kiedy się urodził i kiedy zmarł. A że naprawdę żył, wynika z faktu, że sto lat temu odkryto pokwitowanie na 37 tysięcy złotych, jakie w połowie XVIII wieku odebrał za cykl rzeźb kamiennych dla grekokatolickiej katedry św. Jura we Lwowie (tu w 2001 roku mieszkał Jan Paweł II jako gość metropolity Lubomyra Huzara). Szczyt fasady tej najważniejszej nie tylko dla archidiecezji lwowskiej świątyni zdobi rzeźba św. Jura walczącego ze smokiem, dzieło Pinsla.

Wiadomo tylko, że w połowie 1740 roku w mieście Buczacz na Podolu, należącym wtedy do Rzeczpospolitej, pojawił się rzeźbiarz przedstawiający się jako Pinsel, znalazł przychylność Mikołaja Bazylego Potockiego (który w swoim zamku w Buczaczu urządzał orgie a zarazem fundował kościoły i klasztory) oraz stworzył artystyczny duet z najsławniejszym lwowskim architektem Bernardem Meretynem. Są trzy wersja, jedna głosi, że Pinsel był tutejszy i po artystycznych podróżach wrócił w swoje strony, druga - że to Niemiec albo Czech, trzecia - że przybył z Włoch. Fachowcy

twierdzą, że musiał widzieć rzeźby Michała Anioła. Problem w tym, że Pinsel znany jest już jako artysta uformowany, doskonały, więc także jego artystyczna biografia pozostaje tajemnicą. Pozostawił po sobie rzeźby kamienne i drewniane we Lwowie i wielu kościołach tego regionu.

Kulki z kaszanki

Postacie Pinsla są skręcone i zniekształcone, ujęte w wirowaniu. Ukazują podwójną naturę człowieka, który jest robakiem i geniuszem zarazem. Ciało robi wrażenie jakby chciało wydostać się z krępujących go szat. Głowy i ręce są w innej skali niż korpusy, powykręcane, mięśnie napięte - jakby postacie walczyły z niewidocznymi siłami. Jednocześnie bryły są modelowane w taki sposób, że Pinsel wydaje się prekursorem kubizmu, a nie tylko wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju, bo z nikim nie dającym się zestawić mistrzem baroku lwowskiego. Jeden z krytyków pisze: "Święci z jego rzeźb uchwyceni są w najbardziej dramatycznych momentach swoich żywotów. W chwilach, gdy grzeszne występki dotykają złotych kart hagiografii. Gdy święci wikłają się w sprawach ostatecznych, i co gorsza te ich dramatyczne chwile wystawione są na obserwację wiernych."

To cud, że w ogóle coś ocalało. Niektórzy święci, którzy ocaleli są goli i ranni, reformatorzy ludzkości, wandale XX wieku zdrapali z nich warstwy złota i wyłamali palce. Goli stoją teraz na ohydnych, zespawanych z kątowników kubikach i krzyczą drewnianymi ustami w marnym muzeum przy placu Mytnym. Czy wołają o pomstę do nieba? Bo do kogo? Chociaż wyszło kilka albumów o Pinslu, w muzeum nie ma ani jednego. Za to każdy wchodzący jest śledzony, czy nie robi zdjęć, za które trzeba zapłacić dodatkowo.

Aby odetchnąć po spotkaniu z "Ukrzyżowanym", idziemy do położonej vis a vis świetnej knajpy o znajomo brzmiącej nazwie "Kumpel", gdzie Wiera zamówi danie z jedyną na świecie kaszanką uformowaną nie w pęta a w... kulki! Rozmawiamy i słuchamy lecących "w tle" cichutko dawnych polskich piosenek, których nawet my nie znamy.

Schulz i Franko

Z której by strony nie wjechać do Drohobycza położonego na wysokości Ustrzyk Dolnych sto kilometrów od Lwowa w kierunku południowo-zachodnim, przybysza witają od kilku lat niewyobrażalne dziury w drogach wjazdowych do miasta. Każdy mer zrobiłby z nimi porządek w miesiąc, ale tu dziury nabierają już chyba metafizycznego znaczenia. Miasto jest jednak urocze mimo braku asfaltu. To jeden z wielu tutejszych paradoksów, bo w mieście jest fabryka asfaltu. Zresztą w Drohobyczu wszystko wprost nurza się w paradoksach i kto umie patrzeć, dostrzeże, że to miasto uformowało się tak, jakby chciało utożsamić się z prozą Brunona Schulza.

Paradoks z Schulzem jest taki, że w rodzinnym mieście pisarza i artysty nie pozostało po nim nic. A to co ledwo odnaleziono, skradziono i potajemnie wywieziono do Izraela tłumacząc, że ani Ukraińcy ani Polacy nie interesują się okruchami pamiątek po autorze "Sklepów cynamonowych". Nieprawda, bo w Drohobyczu jest od lat ulica Brunona Schulza, są tablice na domu, gdzie mieszkał i w miejscu, gdzie zginął, jest zaczątek muzeum w jego pokoju profesorskim w dawnym gimnazjum, gdzie był belfrem, jest na tutejszym uniwersytecie centrum polonistyczne Wiery Meniok, de facto najważniejszy ośrodek schulzologiczny na świecie, są festiwale schulzowskie, na które przyjeżdżają ludzie z całego świata.

Idziemy do Muzeum Drohobyczyna. W lipcu tego roku wystawiono na stałej ekspozycji te kawałki malowideł ściennych Schulza, jakich nie wywieziono do Izraela, wraz z kopiami tych wywiezionych ofiarowanymi przez Yad Vashem. Wiszą w malutkiej salce bez okien (to rodzaj systemu bezpieczeństwa) w tak zwanej Willi Bianki, pięknym pałacyku, w którym według prof. Władysława Panasa mieszkała muza schulzowskiego narratora. Ogląda się je za 50 hrywien. Lonia Golberg z miejscowego portalu maydan.drohobych.net kpi, że to patent nowej dyrektor Ałły Hładun na uzdrowienie placówki (poprzedni dyrektor "odszedł", kiedy ulewa zalała jeden z budynków muzeum, rzekomo wyremontowany). To prawda, że aby zrozumieć te ostatnie prace Schulza - powstałe w dramatycznych okolicznościach w domu gestapowca, trzeba znać kontekst, a o nim nie ma nic. Z drugiej strony - jednak w końcu Schulz stał się w Drohobyczu kimś ważnym, powraca do rodzinnego miasta. Było nie było, to pierwsza wystawa Schulza w Drohobyczu!

Nowe życie Schulza na Ukrainie dopiero się zaczyna - i z pewnością będzie o nim głośno. Dlaczego ten Schulz jest taki sławny? - być może już niedługo nie będzie się takiego pytania na Ukrainie zadawać. W przyszłym roku, kiedy obchodzone będą rocznice - 120. urodzin i 70. śmierci pisarza - ukaże się ukraiński przekład "Sklepów" i "Sanatorium pod klepsydrą" przygotowywany przez Jurija Andruchowycza, jednego z najlepszych i najbardziej popularnych współczesnych pisarzy ukraińskich (dzięki projektowi Instytutu Książki w Krakowie). Szkoda tylko, że Schulz nie zdobył z kolei u polskich polityków wystarczającego uznania, i zapowiadanego Roku Schulza w 2012 roku formalnie nie będzie. Na szczęście tylko formalnie.

Paradoksalnie, ciężko w Drohobyczu ma nie tylko Bruno Schulz, ale i wynoszony pod niebiosa wielki poeta i pisarz Iwan Franko, którego imię sławi wiele uniwersytetów, szkół, domów kultury i ulic wszystkich miast Ukrainy. Sławna książka Franki "Borysław się śmieje" zaczyna się od sceny w Drohobyczu, w centrum miasta przy obecnej ulicy Szewczenki. Mijając kościół w cieniu kasztanów idą odświętnie ubrani goście na uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod budowę super willi najbogatszego Żyda w mieście i okolicy. Każdy schodzi do wykopu pod fundament i wrzuca dar do wnęki w kamieniu. Opisując ten moment Franko kreśli znakomity pejzaż postaci: narodowy, społeczny i obyczajowy. Kamień ma wyraźną smugę krwi: przy wyrabianiu niszy zranił się poważnie tutejszy ukraiński robotnik, proletariusz...

Dzisiaj na trawniku przed opisywaną willą, siedzibą jakiegoś banku, stoi na trawniku krzywo ustawiona, duża tablica z portretem Franki i informacją, że to dom z "Borysław się śmieje". Samej książki w tutejszych księgarniach od lat nikt nie widział.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Polub nas na Facebooku